Damavand

Damavand widziany ze schroniska w Polur

Widok butelek wypełnionych białawym płynem, chłodzących się w skierowanym na nie przemyślnie strumieniu wody, wywoływał u mnie bolesne skurcze ślinianek. Miałem przeogromną chęć spróbowania zachwalanego przez Cumę specjału, który według niego znakomicie gasił pragnienie w upalne dni. Kurdyjskie pochodzenie Cumy podpowiadało, iż miał on na myśli napój, który w Turcji nosi miano ayranZ kolei w Iranie, specyfik ten został poddany subtelnej modyfikacji w procesie wytwarzania i miejscowi nazywają go doogh. Modyfikacja polega na lekkiej fermentacji płynu powstającego z połączenia wody, jogurtu owczego i domieszki przypraw, w tym czarnego pieprzu, mięty oraz soli. Proces ten umożliwia wzbogacenie napitku o mniej, lub bardziej wyczuwalną nutę cierpkiego posmaku i powoduje tworzenie się fantastycznego kołnierza piany podczas nalewania napoju do szklanki. Myśl o tej pianie sprowadziła mnie na ziemię, gdyż jej obecność wskazywała jednoznacznie na intensywną działalność flory bakteryjnej. Wizja „zemsty faraona”, chociaż w tym przypadku bardziej właściwym byłoby nazwanie jej „zemstą szacha”, skutecznie ostudziła moje zapędy.

Doogh, czyli sfermentowany jogurt owczy z dodatkiem przypraw. Schłodzony można kupić na każdym postoju w drodze na Damavand.

Zdecydowana większość chcących wejść na Damavand rozpoczyna swoją podróż w Teheranie. Wijąca się górskimi serpentynami droga prowadzi do odległej o około 70 kilometrów od Teheranu, położonej na wysokości 2200 m n.p.m. miejscowości Polur (Polour), gdzie znajduje się określane jako Camp1 schronisko należące do Iran Mountaineering & Sport Climbing Federation. Pobyt w schronisku umożliwia śmiałkom wstępną aklimatyzację przed dalszą wędrówką w kierunku szczytu.

1a
Ekipa w komplecie na dziedzińcu schroniska w Polur. Od lewej: Paweł – syn Janki, Marta, ja, Janka, Agnieszka, Cuma, Ali, Shokrii, Anka i Merve. (Autor: jakiś Pan i aparat Agnieszki).

Do schroniska dotarliśmy późnym popołudniem, gdzie część grupy ulokowała się w budynku, a pozostali rozbili obóz na zewnątrz. Pogoda sprawiała wrażenie stabilnej, więc przyłączyłem się do tych, którzy zamierzali spędzić noc pod gołym niebem. Możliwość oglądania rozgwieżdżonego perskiego firmamentu z perspektywy śpiwora leżącego na betonowej rampie, mimo wszystko wydawała mi się w tym momencie nad wyraz romantyczna. Poza tym, chciałem w ten sposób sprawdzić, jak sprawuje się śpiwór, który kupiłem tuż przed podróżą do Iranu. Nie było to nazbyt fortunny pomysł, ale uświadomiłem to sobie dopiero w środku nocy. Samo schronisko jest schludnie utrzymanym budynkiem z zapleczem socjalnym, co potwierdza starania Irańczyków o to, aby z jak najlepszej strony pokazać się przybywającym do tego kraju z wszystkich zakątków świata obcokrajowcom. W tym przypadku, miłośnikom wędrówek po egzotycznych górach. Polur jest niewielką, otoczoną górami pasma Alborz wsią, przez którą przebiega malownicza trasa numer 77 o nazwie Haraz Road. Drogą tą jadąc dalej na północ można dotrzeć do miasta Amol, a stamtąd wprost na wybrzeże Morza Kaspijskiego.

SchroniskoMOD
Schronisko w Polur.

Haraz Road oraz generujące dodatkowy ruch schronisko, umożliwiają mieszkańcom Polur utrzymywanie się z handlu, co ma korzystne przełożenie na wzrost ich zamożności, uwidaczniającej się w urozmaiconej niekiedy aż nadto, ale bogatej zabudowie tej miejscowości.

PolurMOD
Polur. Widok na Haraz Road, którą można dojechać stąd na wybrzeże Morza Kaspijskiego.

Kolejna owca padła tego dnia ofiarą mojego wilczego apetytu. Biedny zwierzak nie miał żadnych szans w konfrontacji z rozpasaniem mojego żołądka, który wbrew obawom doskonale radził sobie z irańską kuchnią. Wyglądało na to, że mogę sobie pozwolić na więcej i nie muszę obawiać się wybuchu gastralnej rewolucji islamskiej, jednak nie zaryzykowałem wypicia do obiadu sfermentowanego jogurtu owczego, chociaż restauracja w Polur miała ten smakołyk w ofercie.

KebabMOD
Owca. A właściwie – kebab z owcy.

Tylu owiec, co w Iranie, to ja już pewnie nigdy w życiu nie zjem. Odpowiednio przyrządzona baranina jest całkiem niezła w smaku, a Irańczycy znają się na kuchni. Surowy klimat i bardzo uboga roślinność praktycznie uniemożliwiają hodowlę bydła, gdyż jest tam po prostu za mało pokarmu dla tak dużych roślinożerców. Pozostają więc ryby, drób, owce, no i kozy, które są mistrzyniami przetrwania i potrafią dosłownie byle czym urozmaicić menu zapewniające im przeżycie. O świniach nie wspomnę. Wiadomo, uwarunkowanie religijne. Oczywiście Polak potrafi, więc w ramach swoistej kontrabandy, przez kontrolę na lotnisku Chomeiniego prześlizgnęła się ukryta w plecaku Anki kiełbasa wieprzowa. Poszła fama, że w przypływie czułości dla gościnnych Irańczyków, Anka chciała ich tą kiełbasą częstować w schronisku. Prawdziwy terroryzm kulinarny. Tyler Durden byłby z Anki dumny.

RzeźbaMOD
Wspinacz wskazujący właściwy kierunek, czyli szczyt Damavandu. Najbardziej charakterystyczna miejscówka w Polur.

Roziskrzone gwiazdami niebo nad Polur sugerowało, iż jutro będzie znakomita pogoda. W sam raz do rozpoczęcia wejścia na Damavand. Wieczór był bardzo ciepły, a pytani przeze mnie o deszcz miejscowi odpowiadali z uśmiechem, że opadów nie widzieli już od miesiąca. Zachęcony tym utwierdziłem się w swoim postanowieniu spędzenia nocy na zewnątrz. Od frontu i ze wschodniej strony budynek schroniska posiadał coś w rodzaju betonowej rampy, najwyraźniej mającej ułatwiać załadunek ekwipunku na podstawiane ciężarówki. Ulokowałem się na tej rampie wraz z naszymi kurdyjskimi przewodnikami, a pod nią ustawiły swoje namioty Anka i Merve, mieszkanka Istambułu, która do grupy dołączyła jako ostatnia. Przed północą doszliśmy zgodnie do wniosku, że warto byłoby nieco przespać się przed jutrzejszą wędrówką, dlatego też każde z nas zagłębiło się w swoim śpiworze. Ten mój okazał się być bardzo przytulny i miły w dotyku. Niedaleko schroniska znajdował się ogrodzony teren, z którego dobiegał ryk osłów i rżenie klaczy intensywnie uprawiających miłość, mającą wydać owoce w postaci następnego pokolenia mułów, dźwigających prowiant i osprzęt coraz liczniejszej rzeszy entuzjastów górskich wędrówek. Noc zapowiadała się naprawdę przyjemnie. Do czasu.

RozkładanieMOD
Anka rozkłada M1, podczas gdy w okolicy hasają skorpiony. Ale o tym dowiedzieliśmy się później. Po prawej widoczna betonowa rampa, na której spędziłem upojną noc.

Najwyższy Przywódca Iranu nie miał nic przeciwko temu, abym z pełną swobodą obmacywał jego prześliczną córkę. Ona również. Osły porykiwały z aprobatą. Jednak problem stanowił ten wąsaty facet, który nie wiedzieć dlaczego, trącał mnie obleśnym paluchem gdzieś w okolicach pasa, skutecznie niwecząc w ten sposób moje awanse. No żesz… Odczep się! Ze snu wyrwało mnie szturchanie w okolicach pasa. Z dachu schroniska kapały na mój śpiwór ciężkie krople wody. Deszcz? Nic z tych rzeczy. Krótki rzut oka w kierunku nieba wywołał konsternację. Pięknie rozgwieżdżone. Skąd ta woda? I nagle olśnienie! Przypominacie sobie Stasia i Nel zbierających wodę na afrykańskim pustkowiu przy pomocy rozpostartej płachty materiału? Woda z niczego, czyli z powietrza. Metalowy dach budynku był chłodniejszy od otoczenia, dlatego w kontakcie z nim powietrze również się ochłodziło, wskutek czego doszło do kondensacji, czyli skraplania pary wodnej. Pozbawiona rynien krawędź sięgała do połowy rampy, a że leżałem w poprzek, to woda lądowała na mnie w okolicach pasa. Stąd to szturchanie, które przerwało tak dobrze rozwijający się sen. Kapanie było coraz bardziej intensywne, a ja zaczynałem martwić się tym, że przemoknie mi śpiwór i nie zdążę go wysuszyć przed wyjściem w góry. Wieczorem ktoś oświadczył, że w okolicy są skorpiony, dlatego też nie kwapiłem się do opuszczenia rampy. Możliwość spotkania tych pajęczaków w ciemności nie wywoływała we mnie szczególnego entuzjazmu, a rampa jednak dawała złudne poczucie bezpieczeństwa. Tak, jakby skorpiony nie mogły się tam wdrapać. Przeklinając pomysł spania pod gołym niebem ułożyłem się wzdłuż, tuż przy ścianie, jako daszek wykorzystując płachtę elastycznej pianki izolacyjnej, która początkowo zastępowała mi karimatę.

ZamyadMOD
Nissan alias Zamyad. Żwawy czterdziestolatek, transportujący wspinaczy i zaopatrzenie do meczetu Saheb al Zaman i z powrotem.

Meczet Saheb al Zaman stanowi Camp2 w drodze na Damavand. Wyruszając z Polur można bez problemu dotrzeć tam pieszo, jednak trzeba mieć na uwadze dystans, jaki ma się wówczas do pokonania. Około dwadzieścia kilometrów z jednoczesnym wejściem na wysokość 3000 metrów to wyzwanie, które może kosztować dotarcie na sam szczyt. Chociaż z drugiej strony, takie rozwiązanie sprzyja lepszej aklimatyzacji. Jak ktoś ma naprawdę dużo czasu, to może wziąć pod uwagę pieszą wędrówkę do meczetu i tam zanocować. Nasz harmonogram był jednak tak ciasno upakowany, że najpraktyczniejszym rozwiązaniem było skorzystanie z możliwości dojechania tam samochodem.

dammod
Ciężarówka mknie górską drogą, a w oddali widać Damavand. Rzekłbym: wiatr we włosach. Gdybym takowe posiadał. Jazda na pace przypominała mi dzieciństwo, kiedy to mieszkając na wsi, woziliśmy z Ojcem ule z pszczołami na pace Stara 25.

Po śniadaniu załadowaliśmy prowiant oraz ekwipunek na niebieską ciężarówkę i wyruszyliśmy w kierunku meczetu. Czterdziestoletni wehikuł znakomicie radził sobie na górskich serpentynach, a jazda bez trzymanki na jego pace sprawiała ogromną frajdę. Kierowca najwyraźniej powierzył swoją duszę opiece Allaha, dlatego też nie żałował nam wrażeń, brawurowo pokonując strome zjazdy i szeroko biorąc zakręty, jednocześnie pozdrawiając trąbieniem mijane samochody. Trochę niepokojący był smród spalin, który w połączeniu z intensywnym swądem benzyny powodował, że wyobraźnia podsuwała mi obraz staczającej się po zboczu płonącej kuli, ale na szczęście, kurdyjscy przewodnicy zabawiali nas śpiewem, co skutecznie odpędzało wizję katastrofy.

widokmod
Zasnuta poranną mgłą dolina, której dnem przebiega Haraz Road.

Kiedy Jurek Kukuczka miał wejść na Shisha Pangmę, to Chińczycy zażądali od kierownictwa jego wyprawy stu tysięcy dolarów za wydanie pozwolenia. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku była to kwota zaporowa, a i dzisiaj robiąca wrażenie. Na szczęście w tym czasie na Śląsku przebywał z bratnią wizytą minister sportu Chińskiej Republiki Ludowej. Udało się zorganizować spotkanie i w tej sytuacji, chiński minister nie mógł odmówić Kukuczce, który był już wówczas znany na całym świecie. Za wejście na Damavand trzeba zapłacić pięćdziesiąt dolarów. Pozwolenie (permit) wykupuje się w schronisku w Polur. Pozwolenie należy cały czas mieć przy sobie, gdyż może być ono sprawdzane na każdym etapie podróży. Na pewno zrobią to na checkpoincie znajdującym się na zjeździe z asfaltu do drogi gruntowej, wiodącej już do samego meczetu. Punktu tego nie sposób ominąć, nie będąc jednocześnie zauważonym, dlatego też odradzam próby wędrówki bez pozwolenia.

permitmod
Pozwolenie (permit). Zwróćcie uwagę na podaną wysokość Damavandu. Aktualna, oficjalnie zatwierdzona kota, to 5610 metrów. Irańczycy najwyraźniej nie uznają tego pomiaru. Też nie byłbym zadowolony, gdyby ucięto 60 metrów z mojej dumy narodowej.

Niebieska ciężarówka bez zająknięcia poradziła sobie z wjazdem na wysokość 3000 metrów. Wprawiło mnie to w doskonały humor, gdyż byliśmy niemalże rówieśnikami pod względem wieku. Skoro taki staruszek dowiózł całą naszą grupę aż tutaj, to dlaczego ja nie miałbym wdrapać się na sam szczyt? Na ostatnich kilometrach wertepy były naprawdę imponujące i wytrzęsło nas solidnie, ale coraz bardziej rozległe widoki całkowicie wynagradzały tą niedogodność. Ciekawostkę stanowił widok pszczelich pasiek, oblepiających zbocza góry w grupach po kilkadziesiąt uli niemalże do wysokości, na której znajdował się meczet. Azjatycka odmiana pszczół zbierała nektar z ubogiej wysokogórskiej roślinności na miód o wyjątkowym smaku, będący dodatkiem do uwielbianych przez Irańczyków łakoci. Wierzcie mi, jak już coś jest w Iranie słodkie, to jest to słodkość przez duże S.

pasiekamod
Jedna z wielu pszczelich pasiek na zboczach Damavandu.

Pod meczetem nasz dobytek przerzucono z ciężarówki na grzbiety cierpliwych mułów. Zwierzaki były urocze, jednak okropnie śmierdziały łojem, który pokrywał ich błyszczącą sierść, zapewniając w ten sposób znakomitą izolację przed zimnem i wilgocią. Plecaki mimo wszystko nie potrzebowały takiego zabezpieczenia, dlatego też zapobiegliwie zapakowano je w worki ze sztucznego tworzywa. Odetchnąłem z ulgą, gdyż Anka już zdążyła mi naopowiadać o tym, jak to jej plecak prześmiardł osiołkiem podczas jednej z poprzednich wypraw.

meczetmod
Meczet Saheb al Zaman. To tutaj zaczyna się właściwy szlak, tzw. South Route.

Oprócz mułów, w pobliżu kłębiła się gromada kóz. Jedna z nich spoglądała na mnie z wyraźną drwiną.

– Polacy byli tutaj w zeszłym tygodniu – rzuciła chytrze, drapiąc się jednocześnie pomiędzy rogami tylną nogą. W tym momencie moje poczucie wyjątkowości mocno podupadło, gdyż świadomość wcześniejszej obecności grupy rodaków czyniła wycieczkę spowszedniałą. Co za złośliwe bydlę.

kozamod
– Polacy byli tutaj w zeszłym tygodniu – rzuciła chytrze, drapiąc się jednocześnie pomiędzy rogami tylną nogą.

Na szczęście nie było czasu na dalsze rozmyślania, gdyż nasza karawana wyruszyła w kierunku schroniska Bargah w którym mieliśmy spędzić dwie noce przed próbą wejścia na szczyt. Tempo nadawał Shokrii, któremu pod tym względem dzielnie sekundowali Marta i Janka ze swoim synem. Nie mogłem wyjść z podziwu dla Marty, będącej istnym wulkanem energii i posiadającej świetną wydolność organizmu. W krótkim czasie dogoniły nas muły taszczące nasze toboły, równie szybko wyprzedzając nas i znikając za kolejnym zakrętem górskiej ścieżki. Podejście do Bargah nie sprawia trudności pod względem technicznym. W ogóle, cały szlak na szczyt nie wymaga posiadania żadnych umiejętności wspinaczkowych. Brak tego rodzaju przeciwności pozwala na realizowanie szalonych pomysłów, które nie przyszłyby do głowy żadnemu puryście wspinaczkowemu. Na przykład można zjechać ze szczytu rowerem. Jednokołowym. Wyczynu tego dokonał w 2014 roku Niemiec Lutz Eichholz. Więcej na temat tego niezwykłego dokonania można przeczytać na oficjalnej stronie Eichholza: lutzeichholz.de. Korzystając z okazji polecam również zerknąć na stronę infinitetrails.de należącą do Sebastiana Doerka, autora niezwykłej urody zdjęć obrazujących ten zjazd. 

monocycle-damavand
Lutz Eichholz. Damavand 2014 (fot. Sebastian Doerk).

Nie oznacza to jednak wcale, że wchodzenie na Damavand przypomina wycieczkę na wiosenny piknik. Eichholz do swojego rekordowego zjazdu przygotowywał się całymi latami, a dla zwykłego piechura, wyczyn ten mimo wszystko wiąże się ze sporym wysiłkiem. Tym, co zabija na Damavandzie jest wysokość i nagłe załamania pogody. Zabija w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z dostępnych statystyk wynika, że w latach 2006 – 2010 na Damavandzie umarło jedenaście osób. Późniejszych danych nie znalazłem, a te osiągalne pochodzą z artykułu Fatalities Among Iranian High-altitude Outdoor Enthusiasts: Causes and Mechanisms, dostępnego na stronie ncbi.nlm.nih.gov. Dla większości z nich przyczyną śmierci były powikłania związane z chorobą wysokościową. Właśnie dlatego wybrałem ten szczyt na swój wysokogórski debiut. Nigdy nie pociągała mnie wspinaczka, gdyż nie widzę nic interesującego w prężeniu się na ściance. Dla mnie jest to po prostu nudne. Dreszczyk emocji odczuwam za to mając perspektywę wysiłku fizycznego, którego nie sposób sobie wyobrazić. Tego trzeba doświadczyć. Daje to niezbędne poczucie wyjątkowości, karmiące moje narcystyczne zapędy. Kilka lat temu zaspokajałem tą potrzebę biegając w ekstremalnych maratonach na orientację i nie stanowiło dla mnie problemu pokonanie dystansu pięćdziesięciu, stu, czy nawet stu czterdziestu kilometrów w dowolnych warunkach i bez przerwy. Epizod z tego rodzaju bieganiem miałem już jednak za sobą, dlatego też postanowiłem sprawdzić, jak to jest w przypadku wysiłku, do jakiego trzeba zmusić organizm podczas wysokogórskich podróży. Damavand jawił mi się więc jako przysłowiowa ziemia obiecana.

bargahmod
Schronisko Bargah Sevom. 4200 metrów.

Wybudowane z kamieni schronisko Bargah jest solidne niczym bunkier. W obecnej formie istnieje od 2009 roku i zapewnia schronienie w surowych, wysokogórskich warunkach, chociaż o komforcie trudno jest w tym przypadku mówić. Na tej wysokości zacząłem wyraźnie odczuwać efekty braku tlenu, a tempo, z jakim pokonaliśmy tego dnia przewyższenie 2000 metrów od opuszczenia Polur zwiększało moje zmęczenie. Niemniej jednak nie zbierało mnie na wymioty i nie puściła mi się nosem krew, dlatego też dobry nastrój mnie nie opuszczał, a to było w tym momencie najważniejsze. W porównaniu z panującą na zewnątrz, niemalże plażową temperaturą, chłodne i wilgotne wnętrze schroniska sprawiało wrażenie mało przytulnego, dlatego też zacząłem łasić się do Anki, aby przyjęła mnie do swojego dwuosobowego namiotu. Bez skrupułów wykorzystałem chwilę słabości, gdyż akurat jej nie ominęły skłonności do wymiotowania, nader interesownie pomagając w rozkładaniu namiotu. Szło mi to niemrawo, bowiem w moim przypadku dolegliwości związane z wysokością zaczęły przejawiać się bólem w tyle głowy i ograniczeniem zdolności manualnych, ale wspólnie poradziliśmy sobie z problemem budowy M1 na wysokości 4200 metrów. Czułem się, jakbym pływał w miodzie, lecz mimo to zacząłem odczuwać nieodpartą potrzebę skonsumowania następnej owcy. Wilczy apetyt nie opuszczał mnie, a to był kolejny pozytywny sygnał. Mój organizm radził sobie całkiem nieźle, chociaż nigdy przedtem nie przekroczyłem granicy 2500 metrów.

namiotymod
Rozkładanie namiotu na wysokości 4200 m stanowi niezłe wyzwanie. Nawet przy tak znakomitej pogodzie. Nieco poniżej widoczne stare schrony, w których obozowano przed wybudowaniem schroniska w 2009 roku. W oddali, po prawej – Polur.

Od momentu przybycia do Bargah poruszałem się niczym kosmonauta na księżycu, dlatego też siedząc nad miską zupy w głównej sali schroniska, z nieukrywanym podziwem spoglądałem na popisowe wyczyny jednego ze wspinaczy. Facet najpierw trzasnął kilkadziesiąt pompek, następnie uskutecznił kilkanaście wygibasów, których nie potrafiłem nazwać, po czym nastąpił gwóźdź programu; wziął jedno z plastikowych krzeseł i stanął na nim na głowie. Z wrażenia, kawałek gotowanej owcy wypadł mi z gęby i z mlaśnięciem wylądował na już i tak upaćkanej ceracie, którą przykrywano stoły, ale byłem na tyle przytomny, że chwyciłem aparat i utrwaliłem ten wyczyn. 

naglowiemod
A tymczasem w schronisku…

Widząc moje zainteresowanie, mężczyzna zwinnie zeskoczył z krzesła i przysiadł się do stołu. Z szerokim uśmiechem podał mi rękę i oczywiście zapytał, skąd jestem. Byłem tak skołowany, że nie zapamiętałem jego imienia, a w dodatku miałem problemy z artykułowaniem swoich myśli, które również wydawały się pływać w miodzie. Może to i lepiej, bo w krótkim czasie rozmowa zaczęła dryfować w kierunku mielizn politycznych, a mi pojawił się przed oczami nader znaczący nagłówek: Iran poluje na szpiegów. Rząd mówi o zachodniej infiltracji, dlatego też słuchałem mojego rozmówcy nie komentując, a jedynie siorbiąc zupę i memłając w ustach kawałki mięsa. Przebywał kilka lat w Londynie, co wyjaśniało jego świetną znajomość angielskiego, niemniej jednak posługiwał się terminologią charakterystyczną dla mieszkających w Iranie oraz prezentował tutejsze poglądy. Państwo Islamskie, to Daesh, a nie ISIS, co było dla mnie zrozumiałe, gdyż nazwa ISIS kojarzy się z Islamem. Miejscowi nie chcą, żeby twór ten był postrzegany w świecie poprzez pryzmat Islamu, a Daesh świetnie pasuje, gdyż wśród wielu, najbardziej wymownym znaczeniem tej nazwy jest „ciemnogród”. Pogardliwie wyrażał się o ludzkiej fali, która obecnie zalewa Europę, lecz nie było w tym nic dziwnego, gdyż Irańczycy są szyitami, a większość migrujących, to wyznawcy sunnickiej odmiany Islamu. Niejako na pocieszenie dodał, że jest mu żal Europy rządzonej przez słabych polityków. Najadłszy się poczułem znużenie, więc tematyka zaczęła mnie przerastać. Bystry Irańczyk natychmiast to zauważył i ku mojej radości zasugerował, abym poszedł się przespać. Wyglądało na to, że wbrew moim przeczuciom nie był agentem irańskiego wywiadu, który spośród licznej gromady chcących wejść na szczyt, wyławia smakowite okazy w postaci zachodnich szpiegów. Zawiodłem się.

neverforget
Wzruszający plakat na ścianie schroniska. Od góry: Aidin Bozorgi (24), Pouya Keivan (24), Mojtaba Jarahi (27). Młodzi Irańczycy w 2009 roku wytyczyli nową drogę wejścia na Broad Peak (Karakorum). Zginęli podczas nagłego załamania pogody, które miało miejsce w trakcie zejścia z tego szczytu.

Spanie na wysokości ponad czterech kilometrów jest ciekawym doświadczeniem. Nie sposób określić, który z wirujących w głowie obrazów stanowi element snu, a co dzieje się na jawie. Niemożność odróżnienia wywołuje pragnienie trwania w tym stanie, gdyż naga rzeczywistość razi wówczas swoim ubóstwem. Poruszenie wśród namiotów rozstawionych wokół budynku schroniska wyrwało mnie z letargu i wzbudziło potrzebę wyjrzenia ze śpiwora. Anka też już nie spała, więc opuściliśmy nasze M1, zanurzając się w promieniach słońca i rześkim powietrzu górskiego poranka. Wokół namiotów krzątał się prawdziwy kalejdoskop międzynarodowych włóczykijów. Byli tam Francuzi, Niemcy, Azjaci nieokreślonej narodowości oraz nasza grupa irańsko-kurdyjsko-polsko-turecka. Nie brakowało również licznej reprezentacji gospodarzy. Szczęśliwie nie zauważyłem, a raczej nie usłyszałem ekipy hiszpańskich wspinaczy, którzy byli strasznie hałaśliwi, ale ci wyszli z obozu nad ranem, mając nadzieję zdobycia szczytu tego dnia. Pogoda była fantastyczna, dlatego też Hiszpanie mieli duże szanse zrealizować swoje zamierzenie. O ile kondycja im dopisze. Przed podróżą do Iranu śledziłem prognozy pogody dla Damavandu, korzystając z informacji publikowanych na stronie mountain-forecast.com. W porównaniu z tym, co zobaczyłem na miejscu, stanowiły one czystą abstrakcję, której z całą pewnością nie powstydziłby się sam wróżbita Maciej. Według prognozy, na czas naszego pobytu zapowiadał się istny kataklizm. Nadciągający od Morza Kaspijskiego front miał przynieść burze z wyładowaniami atmosferycznymi oraz porywy wiatru, grubo przekraczające swoją prędkością 50 kilometrów na godzinę. Jednak najbardziej imponującymi elementami prognozy były przewidywania dotyczące temperatury i natężenia opadów śniegu. Minus 20 i ponad 10 centymetrów białego puchu w ciągu doby. W środku lata, kiedy na dole temperatura niemalże codziennie przekracza 40 stopni. Na plusie. Załamanie pogody miało nastąpić w dniu, w którym planowaliśmy dotrzeć do Polur, a więc przedwczoraj, i utrzymywać się przez resztę tygodnia. Tymczasem niebo nadal było krystalicznie czyste, a temperatura na wysokości schroniska Bargah pozwalała na chodzenie w samych podkoszulkach. Wyglądało więc na to, że tym razem fantazja magików od prognozowania pogody przerosła najśmielsze oczekiwania. Całe szczęście, gdyż nawet częściowe sprawdzenie się tych przewidywań oznaczało fiasko naszej wycieczki.

zlebmod
Kafar Dareh Valley. Aleja lawin, przed którą ostrzegają wszystkie przewodniki opisujące zbocza Damavandu. Ma kształt odwróconego lejka, którego ujście znajduje się w okolicach meczetu Saheb al Zaman.

Na ten dzień mieliśmy zaplanowane aklimatyzacyjne wejście na 4800 metrów, czyli wysokość odpowiadającą szczytowi Mont Blanc i powrót do Bargah. Wczorajsze popołudnie spędziłem wraz z Anką i Merve na wysokości 4000 metrów, gdzie po poobiedniej drzemce kazał nam zejść Cuma. Pewnie nie wyglądaliśmy najlepiej, dlatego też decyzja ta wydawała się słuszna. Pogoda od rana była stabilna, zachęcając tym samym do wyjścia w kierunku szczytu. Po niebie leniwie błąkało się kilka obłoków i delikatnie wiał wiatr. I tym razem tempo dyktowała długonoga Marta z którą szedł zrelaksowany Shokrii, trzymający przy tym ręce w kieszeniach. Z tego co mówiono, Shokrii był na szczycie Damavandu ponad dwadzieścia razy, dlatego też jego spacerowe traktowanie dzisiejszego podejścia nie wywoływało zdziwienia. Za nimi podążali cieszący się świetną kondycją Janka i Paweł, któremu podobno wcześniej puszczała się z nosa krew, jednak nie miało to żadnego wpływy na jego motywację do wejścia na szczyt. Mając siedemnaście lat prezentował znakomitą wydolność organizmu.

larmod
Jezioro Lar widziane ze zboczy Damavandu.

Po wczorajszym pobycie na 4000 metrów czułem się naprawdę dobrze, ale kondycją nie dorównywałem prowadzącej grupie. Tak w ogóle, to pod względem wysokogórskich podróży, byłem najmniej doświadczonym uczestnikiem wycieczki. Marta miała już na koncie Kilimandżaro oraz niezliczoną ilość wędrówek po Alpach i Tatrach w towarzystwie Janki. Agnieszka i Merve również mogły wylegitymować się sukcesami. Agnieszka rok wcześniej atakowała turecki Ararat, a Merve Ararat zdobyła. Najbardziej okazałą kolekcją mogła pochwalić się Anka, dla której Damavand miał być piątym pięciotysięcznikiem, nie wspominając o szczytach tatrzańskich, alpejskich i Stwórca jeden wie, jakich jeszcze. Nie starając się gonić czołówki, na zamierzoną wysokość dotarłem wraz z Anką, Agnieszką, Merve i doglądającym nas niczym pies pasterski Cumą.

kwiatymod
Zaskakujący widok. Delikatne kwiaty na wysokości 4800 metrów.

Z perspektywy odpowiadającej szczytowi Mont Blanc rozpościerała się szeroka panorama na doliny położone u południowo-wschodnich zboczy Damavandu. Daleko po prawej widać było część tafli jeziora Lar, bliżej znajdowało się Polur, a bardziej po lewej można było zobaczyć miejscowość Ab-e Ask. Całość otaczały pasma gór Alborz. Podobno z tej wysokości, nocą daje się podziwiać morze świateł Teheranu.

aklimatyzacjamod
Mont Blanc zdobyty. Na Damavandzie. Aklimatyzacyjny piknik na wysokości odpowiadającej szczytowi europejskiego olbrzyma.

Przewodnicy zarządzili biwak, który miał pozwolić naszym organizmom na odnotowanie pobytu na tej wysokości, a w konsekwencji zaordynowanie zwiększonej produkcji czerwonych krwinek. Długotrwałe siedzenie w tym miejscu było średnio przyjemne, gdyż nawet przy słonecznej pogodzie w środku lata, blisko pięć kilometrów nad poziomem morza, jest już po prostu zimno. Szukając wśród nagich kamieni materiału na jakieś ciekawe zdjęcia, ostrożnie poruszałem się wzdłuż skalnej ściany, pod którą usadowiła się nasza grupa. Na jej krawędzi siedział ptak, wyglądem przypominający wyrośniętego wróbla.

– Jutro nie będzie dobrze – stwierdził przekrzywiając głowę, po czym odleciał nie wdając się w dyskusję.

Dalszy ciąg perypetii na Damavandzie znajdzie się we wpisie zatytułowanym Polish people. Wkrótce.