Polish people

into-the-void-02

 

Reinhold Messner nie wszedł na Damavand, chociaż próbował. Człowiek, który jako pierwszy na świecie zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników, stwierdził wówczas krótko: pokonał mnie ten kopiec kreta! Faktycznie, wulkan z oddali przypomina wyglądem jeden z charakterystycznych elementów architektury domu tego zwierzaka, lecz na tym podobieństwa te się kończą. Tak jak w przypadku naszej Babiej Góry, kształt szczytu może wywołać mylące przekonanie o łatwości wyzwania, ale obie góry potrafią sprawić wspinaczom niespodziankę o tym samym charakterze. Atrakcją tą jest zaskakująca zmienność warunków pogodowych. Polska Królowa Niepogody swoją kapryśność zawdzięcza usytuowaniu pomiędzy nizinnymi terenami Polski i Słowacji, stanowiąc w ten sposób swoisty mur pomiędzy obszarami o różnych ciśnieniach atmosferycznych. Owa różnica potrafi wywołać ruch powietrza, które mknąc z jednej, na drugą stronę tego muru, rozpędza się do zawrotnych prędkości, w najmniejszym stopniu nie ustępujących chyżości tatrzańskiego halnego. Damavand jest samotnym, wybitnym szczytem usytuowanym w północnej części Wyżyny Irańskiej i pasma gór Alborz. Tym samym od północy, na zbocza góry napierają wilgotne masy powietrza znad Morza Kaspijskiego, natomiast od południa napływają falami strugi suchej i gorącej atmosfery irańskiego interioru. Starcie tych żywiołów wywołuje spektakularne efekty. Zimą temperatura na szczycie potrafi spaść do 60 stopni na minusie, a prędkość wiatru nierzadko przekracza 100 kilometrów na godzinę. Latem, na styku masy wilgotnej i suchej, trzeba liczyć się z gwałtownymi burzami, które obfitują w wyładowania atmosferyczne i opady śniegu. Nawet o tej porze roku, przy silnym wietrze, temperatura spada do minus 20 stopni, podczas gdy w dolinach codziennością jest 40 stopni. Na plusie. Messner nie wszedł na Damavand, gdyż nie pozwoliła mu na to pogoda. Postanowiłem być lepszy od Messnera.

1
Widok w kierunku szczytu. Gromadzące się chmury nie wróżą niczego dobrego. Pomiędzy skałami leży elastyczny wąż. Jedyne źródło bieżącej wody w schronisku. Prosto z lodowca. Zimą, woda transportowana jest na grzbietach mułów z położonego 1200 metrów poniżej meczetu Saheb al Zaman.

Sunęła w ciemności od jeziora Lar i po raz pierwszy usłyszałem ją około dziesiątej wieczorem. Leżałem w namiocie robiąc sobie jeszcze nadzieję, że jednak się przesłyszałem. Przed zmierzchem widziałem na twarzy Cumy znaczący grymas, który pojawił się, gdy nasz przewodnik spojrzał w kierunku kłębiących się nad szczytem stalowoszarych obłoków. Z każdą minutą było ich coraz więcej. Nic nie mówiąc, Cuma skrył się w namiocie, a ja w tym momencie już wiedziałem, że będziemy mieli problem. Kolejny, dużo wyraźniejszy pomruk rozwiał moje nadzieje. Następne były jeszcze głośniejsze. Burza szła w naszym kierunku, coraz szybciej otulając ciężkimi chmurami zbocza góry. Następujące po sobie, gromkie uderzenia obudziły Ankę. Poczułem, że rozpięła śpiwór i usiadła w nim, nasłuchując kolejnych. Po chwili stwierdziła, że się boi i powinniśmy pójść do schroniska. Niedaleko naszego namiotu obozowali Cuma i Merve. Dobiegała stamtąd głośna wymiana zdań w języku tureckim, jednak żadne z nich nie opuściło namiotu. Byłem rozeźlony na cały świat. Bardzo ciężko znoszę porażki, a właśnie w tym momencie zanosiło się na jedną z największych w moim życiu. Pokładałem tak wiele nadziei w perspektywie zostania zdobywcą Damavandu, że ewentualnej klęski w ogóle nie brałem pod uwagę, chociaż obserwowane przed wyjazdem prognozy pogody dla tego rejonu zawierały jednoznaczne ostrzeżenie. Załamanie aury miało nastąpić blisko trzy doby wcześniej, a jednak pogoda była dotychczas stabilna. Rozbudziło to we mnie nadzieję, z której utratą nie byłem w stanie się teraz uporać. Jakieś fatum ciążyło nad dotychczasowo największą przygodą mojego życia. Kiedy wyszedłem z domu, rozpoczynając tym samym podróż do Iranu, to rozpętała się burza. Lało przez całą drogę do Szczecina. Tuż przed odlotem z warszawskiego lotniska Chopina nadciągnęła nawałnica, która opóźniła lot do Kijowa. Burza nad Mińskiem w momencie podchodzenia do lądowania, zmusiła wszystkich pasażerów białoruskiej maszyny do zrobienia rachunku sumienia. Jedna z pasażerek zemdlała, a ja nigdy nie zapomnę pajęczyny piorunów widzianej przez malutkie okienko i skrzydła, które na skutek turbulencji machało do mnie tak, jakby chciało pożegnać się z resztą kadłuba samolotu. Wśród pasażerów czuło się ogromne napięcie, jednak wszyscy milczeli oczekując na to, co wówczas wydawało się nieuniknione. Piloci walczyli z wiatrem o to, aby zmieścić samolot w osi pasa, a mi przyszła do głowy jedna, lecz wyraźna myśl: no to se kurwa polatałem! Cóż innego w takiej sytuacji mógł pomyśleć człowiek, dla którego była to pierwsza, i być może ostatnia w życiu podróż lotnicza?

2
Wyjście ze schroniska Bargah. Zwróćcie uwagę na buty Shokriiego (po prawej). Jak ktoś twierdzi, że nie da się wejść na pięciotysięcznik w adidasach, to niech ma na uwadze naszego przewodnika. Shokrii był na szczycie ponad dwadzieścia razy.

Zbiórka w głównej sali schroniska została wyznaczona na godzinę drugą nad ranem. Mieliśmy coś zjeść i ostatecznie przygotować ekwipunek do wyjścia w kierunku szczytu. Burza, która pojawiła się cztery godziny wcześniej, wcale nie zamierzała odpuścić, a wręcz wydawało się, że zaczyna przybierać na sile. Niedługo przed drugą uderzenia piorunów były tak ogłuszające, że wszyscy obozujący poza budynkiem schroniska uciekli do jego wnętrza. Siedzieliśmy przy stołach oczekując na decyzję przewodników. Cały czas kołatała mi się w głowie myśl o tym, że to już koniec naszej przygody na Damavandzie i coraz bardziej odczuwałem cierpki smak przegranej. Jedynym, który wydawał się nie tracić pogody ducha był Shokrii twierdząc, że po trzeciej burza ucichnie i będziemy mogli wyruszyć. Biorąc pod uwagę to, co działo się na zewnątrz, optymizm młodego Irańczyka był urzekający. Zacząłem wierzyć w słowa Shokriego i po kilkudziesięciu minutach nerwowego sprawdzania ekwipunku dla zajęcia myśli okazało się, że najwyraźniej miał on rację. Za oknem panowała cisza. Usłyszeliśmy długo wyczekiwane polecenie: wychodzimy! Idąc korytarzem zarzuciłem na ramię plecak, jednocześnie poprawiając na głowie latarkę. W tym momencie znaleźliśmy się na metalowym podeście u wejścia do schroniska, a tam… W mdłym świetle umieszczonej nad drzwiami żarówki ujrzałem pędzące w poprzek zbocza tumany śniegu.

3
Kilkanaście metrów po prawej znajdowało się strome zbocze Kafar Dareh. Perspektywa upadku w kilkudziesięciometrową rozpadlinę skłaniała do trzymania się lewej strony ścieżki.

Ze schroniska Bargach do szczytu, jest 1400 metrów przewyższenia. Niby niewiele, ale dzień wcześniej pokonaliśmy dla aklimatyzacji 600 z nich, i wcale nie było łatwo, chociaż robiliśmy to w promieniach słońca. Przejście odcinka zajęło nam ponad dwie godziny, dlatego też w nocy i podczas zawieruchy, zadanie to jawiło się jako niewykonalne. Mam na myśli 600 metrów. A gdzie jeszcze blisko kilometr? Przykryta rosnącą warstwą śniegu ścieżka wyglądała obco i sprawiała wrażenie nieprzychylnej każdemu śmiałkowi, który porwałby się w tych warunkach na wędrówkę w kierunku szczytu. Szliśmy gęsiego i w świetle latarki czołowej widziałem jedynie plecak poprzedzającej mnie osoby. Patrząc na boki nie miałem żadnego punktu odniesienia, gdyż odnalezienie jakiegokolwiek uniemożliwiała ciemność i mknący w snopie światła śnieg. Pamiętając wczorajsze widoki, instynktownie trzymałem się lewej strony ścieżki, gdyż po prawej, gdzieś tam w ciemności, czekało kilkudziesięciometrowe, strome zbocze Kafar Dareh Valley. Perspektywa upadku działała pobudzająco. W ogóle, czułem się tak, jakbym dopiero co rozpoczął rywalizację w jakichś zawodach i bardzo chciałem dotrzeć do mety, jako zwycięzca. Przy wyjściu ze schroniska, do naszej grupy przyłączyło się dwóch Irańczyków, zamykających teraz cały pochód. Jeden z nich był ubrany w wełniany sweter, który pewnie zrobiła mu na szydełku babcia. Na rękach miał tak samo wykonane rękawice z jednym palcem, a na głowie, równie fantazyjną, wełnianą czapkę. Szedł podpierając się zwykłym, drewnianym kijem. W porównaniu z naszym ekwipunkiem, jego strój wyglądał co najmniej egzotycznie.

4
Świeży, sypki śnieg. Kilka godzin wcześniej były tutaj nagie skały.

Nie wiem, ile czasu upłynęło od początku wędrówki, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że musimy już być wyżej od punktu, do którego dotarliśmy dzień wcześniej. W kilku miejscach trzeba było pomóc sobie rękoma, chwytając się skał dla utrzymania równowagi, a tego nie było na wczorajszej ścieżce. Czułem, że z każdym pokonanym w górę metrem, jednocześnie spadała w dół temperatura. Mknące z wiatrem płatki śniegu zmieniły się w małe, uderzające mnie w twarz lodowe pociski, którą usiłowałem zasłonić podciąganą coraz wyżej kominiarką i naciąganą na oczy czapką. Tempo zaczynało nam słabnąć. Wchodziliśmy za szybko. Nie teraz, lecz począwszy od pobytu w Polur. Ponad 3000 metrów różnicy w dwa dni stanowi ogromny wysiłek. Agnieszka szła coraz wolniej, jednak mi to wcale nie przeszkadzało. Wolałem, żeby tempo grupy było dostosowane do Agnieszki, a nie do Marty, która wykończyłaby niejednego faceta tą swoją niespożytą energią. Przewodnicy zarządzili odpoczynek w miejscu osłoniętym od wiatru skałami, po czym przegrupowali nas tak, aby to Agnieszka była pierwszą po prowadzącym. Unikało się w ten sposób niebezpiecznej w ciemności sytuacji, w której zespół zostałby rozerwany przez szybszych i podzielił się na grupy. Tą szybszą, i tą wolniejszą. Teraz wszyscy musieliśmy dostosować się do Agnieszki.

5
Chwila wytchnienia w zagłębieniu pomiędzy skałami. Cały czas sypie śnieg, a na otwartej przestrzeni wiatr wychładza błyskawicznie, zmuszając do ciągłego marszu, który pozwala utrzymać temperaturę ciała.

Agnieszka dzielnie parła na przód idąc za prowadzącym Shokriim. Za nimi szli najmocniejsi, czyli Marta, Janka i Paweł. Ja starałem trzymać się w pobliżu Anki i Merve. Cuma i Ali mieli na razie tyle sił, że mogli przemieszczać się w górę i w dół całej karawany. Siły Agnieszki wyczerpały się po przekroczeniu granicy 5000 metrów. Ponownie zatrzymaliśmy się w ciemności i wówczas zauważyłem, że już nie idą za nami dwaj Irańczycy, którzy wcześniej trzymali się naszej grupy. Było przeraźliwie zimno i postój wcale nie poprawiał samopoczucia, gdyż zaczęły mną wstrząsać dreszcze. Ciężki oddech zamarzał na kominiarce, która przyklejała mi się do twarzy lodem. Nastąpiła wymiana zdań pomiędzy przewodnikami. Któryś z nich musiał zejść z Agnieszką. Z tego, co zrozumiałem, Cuma chciał, żeby to był Ali. Było to słuszne rozwiązanie, gdyż największe doświadczenie we wchodzeniu na Damavand miał Shokrii, który na szczycie był ponad dwadzieścia razy. Cuma również był zaprawionym w bojach góralem, tak więc Ali wypadał na tym tle mało efektownie. Coś było nie tak. Ali nie zgadzał się na taką propozycję. Rozmowa stawała się coraz głośniejsza. Sytuacja była nieprzyjemna. Szczególnie dla Agnieszki, która źle się czuła i jednocześnie musiała uporać się z goryczą porażki. W końcu stanęło na tym, że to Shokrii zejdzie z Agnieszką do schroniska. Braterska solidarność zwyciężyła.

6
Cuma. Powyżej 5000 metrów i w tych warunkach, nawet nasz doświadczony przewodnik mógł czuć się zmęczony.

Rezygnacja Agnieszki nie poprawiła prędkości wchodzenia naszej grupy, którą teraz prowadził Ali. Pochód zamykał Cuma. Pomimo wysiłku wkładanego w każdy krok czułem, że zaczynają mi zamarzać palce u rąk, chociaż ogólnie, było mi gorąco. Rozrzedzone powietrze i niedobór tlenu w organizmie spowalniają krążenie krwi. Pierwsze zamarzają palce u rąk i stóp, dlatego też najczęściej to one są amputowane u wspinaczy wysokogórskich. Wizja utraty palców skłoniła mnie do machania rękoma i uderzania dłońmi o uda podczas marszu. Pomogło. Cały czas robiłem sobie nadzieję myśląc o tym, że wkrótce powinien wstać świt i w ogóle, mogłoby zrobić się nieco widniej, gdyż sztuczne światło latarki i ciągle padający śnieg zmęczył mi oczy tak dalece, iż mało co widziałem pod nogami. Czułem się cholernie zmęczony, jak nigdy, lecz najbardziej obawiałem się tego, co i tak miało nastąpić. I nastąpiło. Ciemność, wiatr, sypki śnieg miejscami sięgający do kolan i przytłaczające zmęczenie wywołane wysiłkiem fizycznym w rozrzedzonej atmosferze, rodziły w sercu zwątpienie. Jak daleko stąd do szczytu? Czy dam radę tam dotrzeć? Czy uda mi się wrócić? Czy to wszystko jest warte aż takiego poświęcenia? Z drugiej zaś strony, w ogóle nie brałem pod uwagę możliwości porażki. Nie z moim zaciętym charakterem i niezdolnością przełknięcia cierpkiego smaku przegranej. Wejdę na tą górę, choćbym miał z niej nie wrócić. Anka i Merve zaczęły odstawać od grupy. Cały czas był przy nich Cuma. Zachwiało to tempem wchodzenia. Prowadzący silną czołówkę Ali przystawał, co chwilę oglądając się za bratem i zostającymi w tyle kobietami. Wreszcie zatrzymał się przy załomie skalnym, i wówczas usłyszałem to, na co czekałem z obawą.
– Zawracamy? – Ali zwrócił się do nas, kiedy otoczyliśmy go w tym zagłębieniu, szukając odrobiny schronienia przed wiatrem. Gdyby nie jego wściekłe podmuchy, pewnie usłyszałbym pisk ciszy, jaka zapadła w naszych sercach po tym pytaniu. Nikt nic nie powiedział, jednak czułem wahanie Janki, i to wahanie rozumiałem. Przecież szła z siedemnastoletnim synem. Jeżeli ona się wycofa, to za nią pójdzie cała reszta. Bez przewodników i z moim zerowym doświadczeniem wysokogórskim, na nic zdawała się samobójcza determinacja w dążeniu do celu.
– Ile jeszcze do szczytu? – nie wiem, kto zadał to pytanie.
– Dwie, może trzy godziny – Ali powiedział to takim tonem, który ja odebrałem jako zachętę do podjęcia decyzji o odwrocie.
– Ja pierdolę… kurwa… – wyrwało mi się mimo woli, na szczęście po polsku – Ile?
Poczułem, że zalewa mnie fala wściekłości. Dwie, może trzy godziny? Przecież to niemożliwe. Dawno temu przekroczyliśmy granicę 5000 metrów. Agnieszka opuściła nas wyżej. A nawet gdyby, to czy nie jest rolą przewodnika dbanie o morale drużyny, a nie jego podkopywanie? Czy prowadzący nas wcześniej Shokrii również marzyłby w tym momencie o powrocie do schroniska? Nie sposób nazwać tego racjonalnym myśleniem, ale wówczas kłębiły mi się w głowie tego rodzaju pytania. Bez względu na cenę, chciałem iść dalej i oczekiwałem, że ktoś to pragnienie poprze. Jedyna nadzieja w Marcie. Jeżeli ona powie, że idzie dalej, to prawdopodobnie za nią pójdą Janka i Paweł. A więc będziemy mieć przewagę głosów nad tymi, którzy jednak chcieliby się wycofać. Gdyby faktycznie chcieli się wycofać, a nie jedynie wahali się, czekając na zdanie innych. Zbliżał się świt otulając nas nikłym, szarym światłem. Trząsłem się z zimna, zmęczenia i złości.
– Idziemy dalej – powiedziała Marta.

7
Anka i Cuma. Wejście po stromym, lecz gładkim stoku pod szczytem, utrudniał porywisty wiatr i niesione nim płatki śniegu, które uderzając w twarz sprawiały wrażenie lodowych pocisków.

Raz, dwa, trzy… dziesięć. Postój. Raz, dwa, trzy… dziesięć. Postój. Liczenie kroków powodowało, że miałem przed sobą zadanie, za którego wykonanie czekała nagroda. Robię tych dziesięć kroków i dostaję za to nagrodę. Krótki odpoczynek, po czym znowu robię ich dziesięć. Mijają minuty, a może godziny? Może już dawno temu upłynęły te dwie, czy trzy godziny, o których mówił Ali? Oddycha się coraz trudniej, a oddech jest krótki i szybki. Zamarzł mi ustnik przerzuconej przez ramię rurki, dzięki której mogłem napić się nie wyjmując z plecaka pojemnika z płynem. Zasycha mi w gardle. Widzę tych, których niegdyś kochałem, a teraz już nie kocham. Widzę tych, których kiedyś znałem, a teraz już znać ich nie chcę. Mogę patrzeć w przyszłość i widzę to, co będzie po mojej śmierci. Mogę patrzeć w przeszłość i widzę to, co było przed moimi narodzinami. Wszystko miesza mi się w głowie. Chyba mam gorączkę. Jest mi strasznie gorąco.
– Czuję go, ale śmierdzi! – głos Marty wyrywa mnie z pełnego majaków letargu. Twardo stąpająca po ziemi kobieta. W tym momencie uwielbiam ją za to. Faktycznie, kolejny podmuch wiatru przyniósł woń siarki. Damavand jest określany, jako wulkan nieaktywny.
Niemniej jednak ciągle coś w nim buzuje. W pogodne dni, już z daleka widać nad szczytem góry charakterystyczny pióropusz siarkowych wyziewów dobywających się wprost z najgłębszych trzewi Ziemi. Według staroirańskich legend, pod górą jest uwięziony Zahhak, zły król smoków, którego pokonał mityczny heros – Fereydun. To właśnie dym z nozdrzy Zahhaka unosi się ze szczelin na szczycie Damavandu. Siarkowe wyziewy potrafią znacząco utrudnić wejście, dławiąc w rozrzedzonej atmosferze trującymi oparami płuca i tak już wyczerpanych wspinaczy. Tego dnia nie groziło nam zatrucie siarką, gdyż wiatr skutecznie odganiał żółty dym od zboczy góry. Tylko jego wahanie pomiędzy kolejnymi porywami i zawirowania w ogóle pozwalały wyczuć ten specyficzny zapach. Słońce już wzeszło, jednak nie mogło przedrzeć się przez chmury. Otaczała nas żółtawa poświata. Nadal padał śnieg. Uniosłem głowę, starając się dojrzeć szczyt, jednak duże pochylenie zbocza i lekka zadymka śnieżna uniemożliwiały sięgnięcie tam wzrokiem. Rozejrzałem się za pozostałymi członkami grupy. Przede mną, pochyleni pod naporem wiatru i chcący osłonić twarze wchodzili prowadzeni przez Alego Marta, Janka i Paweł. Szli na wprost, prawie wcale nie zygzakując, co było rozwiązaniem bardziej wyczerpującym, jednak tak zarządził prowadzący i nikt mu się nie sprzeciwiał. Odwróciłem się i w odległości kilkudziesięciu metrów za mną, zobaczyłem prącą wolno, lecz stanowczym krokiem Ankę, za którą szła Merve. Na samym końcu, poprzez płatki śniegu prześwitywała żółta kurtka eskortującego je Cumy. Widok ludzi, brnących zboczem w podmuchach mroźnego wiatru był tak niezwykły, że zebrałem się na odwagę i wyciągnąłem z kieszeni swoją małą idiotenkamerkę. Żeby zrobić zdjęcie, musiałem zdjąć rękawice. Palce natychmiast zaczęły mi sztywnieć od zimna, jednak udało się uchwycić obie grupy. Tą nade mną, i tą u dołu. Teren przede mną był stromo pochylony, lecz gładki. Spod śniegu wystawały żółtawe, wulkaniczne skały. Poczułem narastającą w moim wnętrzu ekscytację, gdyż przypomniałem sobie, iż tak wyglądały ostatnie metry przed szczytem na oglądanych przeze mnie w Sieci zdjęciach. Jeszcze ze sto metrów przewyższenia i dotrę do celu. Wywołane tą perspektywą podniecenie dodało mi siły i ze zdwojoną energią ruszyłem przed siebie. Na szczyt weszliśmy około godziny dziesiątej. Ponad sześć godzin od opuszczenia schroniska.

8
Stromizna pod szczytem. Jeszcze ze 100 metrów przewyższenia i będziemy u celu.

Ali upadł głośno krzycząc. Euforia wywołana sukcesem, zmęczenie i ograniczona ilość tlenu wzbudziły we mnie chęć wybuchnięcia śmiechem. Surrealistyczny w tych warunkach widok wijącego się na śniegu mężczyzny był tak zaskakujący, że tylko w ten sposób mogłem rozładować własne napięcie. Powstrzymał mnie ból, jaki wyzierał z jęku dobywającego się z ust naszego przewodnika. Coś mi się przełączyło pod czapką i w tym momencie zrozumiałem. Ali trzymał się za nogę, usiłując ją podgiąć. Skurcz. Taki, jakiego niejednokrotnie doświadczyłem podczas biegania w maratonach ekstremalnych. Przyjemność wątpliwa, ale od tego się nie umiera. Cuma przyskoczył do brata i pomógł mu podgiąć nogę, po czym powoli ją wyprostował. Ali wkrótce się uspokoił. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie byłem pewien, czy cała grupa zauważyła to zajście. Szczyt Damavandu jest rozległy i oprócz widoków nie ma w sobie nic spektakularnego. Widoków tego dnia nie było żadnych, gdyż całość otaczały chmury i żółtawy, siarkowy dym, który na szczęście rozpędzał nadal silny wiatr. Przez chmury usiłowało przedostać się słońce, tworząc wokół osobliwą, złotawą aurę. A więc tak wygląda zwycięstwo.

9
Smak zwycięstwa. Mój pierwszy pięciotysięcznik. W środku Janka. Dla niej również był to pierwszy raz. Żadne z nas nie podejrzewało wcześniej, że uda nam się tego dokonać w takich warunkach pogodowych.

Ze szczytu zgonił nas przenikliwy mróz, którego kąśliwość wzmagał porywisty wiatr. Cała grupa zaczęła bardzo szybko schodzić. Dla mnie za szybko. Nie nadążałem i wyglądało na to, że opuszczają mnie siły. Rurka od bukłaka nadal była zamarznięta i nie mogłem się napić, co osłabiało mnie jeszcze bardziej. Dopadł mnie syndrom Mallory´ego. Z nazwiskiem George´a Mallory´ego związana jest jedna z najpiękniejszych, a jednocześnie najtragiczniejszych legend, które narodziły się w pierwszych latach historii zdobywania dachu świata, czyli Mount Everestu. Historię angielskiego wspinacza określa się asekuracyjnie, jako legendę, gdyż jej prawdziwość wywróciłaby do góry nogami podręczniki historii i geografii. Według zwolenników prawdziwości wersji, którą większość nazywa legendą, Mallory miał zdobyć Mount Everest już w 1924 roku. Nie sam, lecz wraz z młodziutkim, dwudziestodwuletnim Andrew Irvinem. Oznaczałoby to, że dach świata został zdobyty niemalże 30 lat przed wejściem Edmunda Hillary´ego i Tenzinga Norgaya. W świecie pierwszych zdobywców ośmiotysięczników, opcję tą z oburzeniem odtrącano, jako herezję. Niezależnie od tego, czy Mallory wszedł na Everest, czy też nie zdołał tego uczynić, bezsprzecznie określano go jako najlepszego wspinacza swoich czasów. W owej doskonałości wspinaczkowej Anglika, tkwił jednak pewien istotny szkopuł, który wielokrotnie został podkreślony w książce autorstwa Jeffreya Archera, zatytułowanej Ścieżki chwały. Mallory był w stanie wytyczyć na skale nieprawdopodobne i nieosiągalne dla innych drogi, jednak zużywał w tym celu tak dużo energii, że nie wystarczyło mu sił na zejście, dlatego też niejednokrotnie otarł się on wcześniej o śmierć podczas powrotu. Górscy romantycy twierdzą, że brytyjska dwójka zdobyła Everest w 1924 roku, jednak obaj wspinacze zginęli podczas zejścia ze szczytu. Do dnia dzisiejszego nie potwierdzono, ani też jednoznacznie nie zaprzeczono prawdziwości tej wersji. Zachowanie Mallory´ego, które prawdopodobnie doprowadziło do jego śmierci, na własny użytek nazwałem syndromem Mallory´ego.

gm1
George Mallory. 1912 (fot. Duncan Grant).

Słońce wreszcie przedarło się przez zasłonę chmur. Na zaśnieżone zbocza Damavandu spłynął potok złocistych promieni, szybko podnosząc temperaturę otoczenia. Przestało wiać, natomiast ja zacząłem zalewać się potem z wysiłku wkładanego w próby dotrzymania tempa grupie schodzących. W jakiś kompletnie absurdalny sposób zapomniałem o tym, że nadal mam na sobie pancerz ubrań, który znakomicie chronił mnie przed mroźnym wiatrem podczas wejścia, jednak w ogóle nie był przydatny w trakcie forsownego schodzenia w ostrych promieniach słońca. Czułem się gorzej, niż podczas wejścia i miałem ochotę położyć się na śniegu. Moje lunatyczne zachowanie zaniepokoiło poprzedzającą mnie grupę. Nagle zobaczyłem przed sobą Cumę, który przez chwilę wpatrywał mi się w oczy, po czym bez słowa zaczął zdejmować mi czapkę, kominiarkę i kurtkę. Następnie wziął sporą garść świeżego śniegu i natarł mi nim głowę, a kolejną garść wsypał za kołnierz, na gołe ciało. Cuma gestem odgonił stojącą tuż obok Merve, która najwyraźniej chciała w czymś pomóc, a potem rozsunął mi rozporek. Sięgnął po nader solidną porcję śniegu i… odciągając majtki, wepchnął mi ten śnieg pod jaja, zapinając jednocześnie spodnie, aby nie wysypało się na zewnątrz nazbyt wiele zimnego, białego puchu. Zrobił to szybko, pewnie myśląc, że będę protestował, ale wcale mi to nie przeszło przez myśl. Sytuacja była na tyle tragikomiczna, iż wywoływała we mnie specyficzne rozbawienie, dlatego też w tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję pod adresem wszystkich panów. Lodowaty bałwan w gaciach jest dobry na wszystko. Minionej nocy zalałeś pałę z kumplami, a dzisiaj nie możesz dojść do siebie? Nie zwlekaj. Szybko sięgaj po słuszną porcję lodu i pchaj ją sobie w bieliznę. Rzuciła cię, albo stwierdziła, że nigdy nie pokocha? Nie trać czasu. Nic tak dobrze nie leczy złamanego serca, jak lód. Pod jajami. Zanim będziesz chciał wepchnąć fiuta tam, gdzie później będziesz tego żałował, to najpierw zaaplikuj sobie zmrożone, białe lekarstwo, zgodnie z powyższym opisem. Zapamiętaj, że prawdziwi mężczyźni o nic się nie proszą, nie oglądają się za siebie i nie jedzą miodu, tylko żują pszczoły (moja ukochana Cienka czerwona linia), albo w trudnych życiowo sytuacjach, serwują swojemu przyrodzeniu lodowatą kurację. Nie żałuj sobie, gdyż lód jest tani, a może życie uratować. W moim przypadku pomogło. Mając śnieg wszędzie pod ubraniem, mogłem iść dalej.

dach-schroniskamod
W górach nadziei nie sposób utożsamiać z widokiem pięknej góralki, chociaż jej imię jest takie kobiece. Nie, nadzieją jest widok dachu schroniska. Szczególnie wtedy, gdy wokół uderzają pioruny. Na zdjęciu metalowy dach schroniska Bargah. Dzień przed wejściem na szczyt.

Kilka dni później i kilkaset kilometrów dalej, Agnieszka wypowiedziała znamienne słowa: Robert, ta podróż jeszcze się nie skończyła… To było tak a propos wszystkich tych wydarzeń, które składały się na naszą irańską przygodę, lecz jednocześnie potrafiły nieźle namieszać w głowie. Tak, ta podróż jeszcze się nie skończyła. Tym razem nie było żadnego ostrzeżenia, i nie zauważyłem jej nadejścia aż do momentu, w którym powietrze rozdarł suchy trzask, przeradzający się stopniowo w głuchy pomruk, gdzieś tam, w chmurach nad głową. Kilkaset metrów poniżej, widziałem metalowy dach schroniska i malutkie mróweczki, które po pierwszym uderzeniu pioruna zaczęły przebierać nóżkami, chcąc jak najprędzej zejść ze zbocza i ukryć się w bezpiecznych murach kamiennego budynku. Daleko przede mną schodziła szybsza część naszej grupy prowadzona przez Cumę. Bliżej znajdowały się Anka i Merve, które zamierzałem wkrótce dogonić. Po akcji ze śniegowym bałwanem zostałem nieco z tyłu i schodziłem pod czujnym okiem Alego, na wszelki wypadek idącego za mną. Kilkaset metrów przewyższenia, nawet przy schodzeniu dawało przynajmniej godzinę, zanim dotrę do schroniska, które cały czas miałem w zasięgu wzroku, gdyż widoczność była znakomita. Burza kłębiła się w okolicach szczytu, a pode mną rozpościerały się skąpane w promieniach słońca doliny. Typowo górski paradoks. Ciosy zaczęły następować raz, za razem. Burza była tuż nad nami. Krótkim, przypominającym trzask łamanej energicznym ruchem suchej gałęzi uderzeniom piorunów, za każdym razem odpowiadał głuchy i przeciągły pomruk wśród ciemniejących obłoków. Początkowo skuliłem się w sobie ze strachu, jednak nie przestawałem iść. Nic innego mi nie pozostało, gdyż znajdowaliśmy się na gołym zboczu. Tutaj nie było dokąd uciekać. Zerknąłem na Alego. Starał się nie okazywać emocji, jednak zaczął trzymać dystans. Było to zrozumiałe, gdyż w przypadku uderzenia, prawdopodobnie upadłby tylko jeden z nas. Beznadziejność sytuacji i naga bezsilność wywołała we mnie filozoficzne podejście do życia. Przestałem kulić się ze strachu, gdyż w głowie zakiełkowała mi myśl: przecież i tak nie chcę być stary, byle tylko nie bolało... Burza odeszła tak nagle, jak zaskakująco się zjawiła. Dogoniłem Ankę, która stała pochylona, próbując powstrzymać szarpiące nią torsje. Zatrzymałem się przy niej, lecz ona machnęła ręką, każąc mi iść dalej. Kilkadziesiąt metrów przede mną wznosił się solidny budynek schroniska Bargah.

himself
Himself. Damavand 2016.

Lata osiemdziesiąte minionego wieku określano w środowisku, jako złotą erę polskiego himalaizmu. Były to czasy Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz oraz innych, znakomitych polskich wspinaczy wysokogórskich. Niespotykana wola walki, odwaga i nieprzeciętne umiejętności techniczne pozwalały Polakom na wytyczanie nowych szlaków, które wywoływały zdumienie, nawet wśród najlepszych himalaistów światowego formatu. O Polakach mówiono wtedy: polish people. Kiedy polish people wyruszali na kolejną wyprawę, to było niemal pewnym, że szykuje się sensacja i następny z niedostępnych szczytów zostanie zdobyty. Jeżeli nie po raz pierwszy w ogóle, to po raz pierwszy zimą, a przynajmniej nową drogą. Schodząc do meczetu Saheb al Zaman myślałem o polish people i wyobrażałem sobie, że po akcji na Damavandzie, będę mógł chociaż w niewielkim stopniu czuć się tak, jak oni. Moi bohaterowie lat szczenięcych. Poniżej schroniska Bargah nie było śniegu, za to szlak pokrył się śliskim błotem i padał deszcz. W górę i w dół kursowały karawany mułów. Od meczetu ciągnęły prawdziwe pielgrzymki amatorów wejścia na szczyt. Co chwilę ktoś mnie zaczepiał i pytał o wrażenia. W schronisku dowiedzieliśmy się, że tego dnia byliśmy jedyną grupą, która wyszła w górę i osiągnęła sukces. Cieszyłem się jak dzieciak i nie omieszkałem za każdym razem podkreślać naszego zwycięstwa w rozmowach z idącymi do Bargah ludźmi. Co chwilę przystawałem i oglądałem się za siebie, patrząc w kierunku spowitego chmurami wierzchołka. Czułem dumę z siebie samego i podziw dla irańskiego olbrzyma. W tym momencie byłem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

 

Podziękowanie.

Dla Pani Joanny Saltik, organizatorki naszego wejścia na Damavand, za niespotykane zaangażowanie i opiekuńczość, jaką okazała mi w trakcie całego mojego pobytu w Iranie.

Dla Cumy, Alego i Shokriiego, za męską przygodę.

Dla wszystkich zainteresowanych; jeżeli marzy Wam się wycieczka o podobnym charakterze, jak ta opisana powyżej, to rzućcie okiem na ofertę Pani Joanny, dostępną na stronie ararattrek.pl.