Karawanseraj

„Każdy, kto w miejscach publicznych lub na drogach otwarcie dopuszcza się popełnienia harām (grzesznego) czynu, oprócz kary przewidzianej za ten czyn ustawą, niech będzie skazany na karę do 2 miesięcy pozbawienia wolności lub na karę do 74 batów; a jeżeli dopuszcza się czynu, który nie jest karalny według ustawy, lecz narusza roztropność publiczną, niech będzie skazany na karę tylko od 10 dni do 2 miesięcy pozbawienia wolności lub na karę do 74 batów”.

 

Artykuł 638 Kodeksu Karnego Islamskiej Republiki Iranu, Księga Piąta, Rozdział Osiemnasty – Przestępstwa przeciwko roztropności i moralności publicznej (źródło w języku angielskim).

Szach Abbas I Wielki był okrutny. Do władzy doszedł detronizując własnego ojca, po czym pozbawił życia swoich popleczników, od których otrzymał wsparcie w realizacji tego zamachu stanu. Pamiętając ów niecny uczynek, rozkazał zamordować własnego, najstarszego syna, żeby ten przypadkiem nie poszedł w jego ślady i nie spróbował przejąć tronu tak, jak przydarzyło się to dziadkowi. Większość członków rodziny Abbasa została przez niego uwięziona, gdyż istniało podejrzenie, że również im mógłby chodzić po głowach pomysł realizacji jakiegoś przewrotu. Mało który z nich dożył końca tego odosobnienia. Szach miał na sumieniu kilkadziesiąt tysięcy wymordowanych na jego polecenie Gruzinów, kiedy ci śmieli mu się sprzeciwić w iluzorycznym porywie wolnościowym, naiwnie myśląc o uwolnieniu się spod perskiego jarzma. Żaden z żołnierzy pokonanej przez Persów armii tureckiej nie mógł liczyć na łaskawość perskiego władcy.

Lata rządów Abbasa pokazały jednak, że był on właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu. Kiedy umierał, początkowo słaba i pogrążona w chaosie Persja, rozciągała się od Tygrysu po Indus, a każdy z jej sąsiadów musiał liczyć się z tym wówczas silnym pod każdym względem państwem. Patrząc z perspektywy wieków, Abbas jest uznawany za twórcę nowoczesnego państwa perskiego, dlatego też zgodnie przyznaje się mu przydomek „wielki”.

Shokri starał się urozmaicić długą i nieco nużącą podróż do Kashan, dlatego też wracając do Esfahanu zjechaliśmy z autostrady i zatrzymaliśmy się na rozległym placu przed budynkiem, na pierwszy rzut oka przypominającym arabskie twierdze, jakie można zobaczyć w filmach o wyprawach krzyżowych. Zachodziło słońce i surowy, pustynny krajobraz irańskiego interioru zalewała poświata, której barwa przywodziła na myśl gorące, roztopione złoto najwyższej próby. Wraz ze zbliżającym się zmierzchem, od pustyni zaczął ciągnąć chłodniejszy powiew o nieznanym, lecz słodkim zapachu. W tym przypadku określenie „chłodniejszy”, miało charakter względny, gdyż termometr w samochodzie wskazywał 30 stopni na zewnątrz. Jednak po tym, czego doświadczyliśmy tego dnia z Agnieszką w Kashan, naprawdę można było powiedzieć, że teraz wieje ożywcza bryza. Trzydzieści stopni na plusie, to jednak nie 50, kiedy nawet w suchym, wyżynnym klimacie żar staje się nie do zniesienia, a powietrze zaczyna przypominać to, które bucha z wnętrza rozżarzonego hutniczego pieca.

 Właśnie miałem zapytać Shokriego, co to za budowla, lecz ugryzłem się w język. To nie była banalna wycieczka, podczas której przewodnik opowiada o tym, co widzimy przez okno autobusu.

– Szanowni państwo, po lewej mijamy dworek, który hrabia Pafnucy Pumpernikiel wybudował dla swojej ukochanej Tekli z Wołowa – wycieczka spogląda na dworek i wyobraża sobie to piękne uczucie, jakim kierował się Pafnucy trwoniąc fortunę dziadka dla zaimponowania oblubienicy. Co bardziej znudzeni ukradkiem pociągają z piersiówek i myślą o drzemce, lub sutej przekąsce. Zwiedzanie atrakcji w towarzystwie Shokriego wyglądało nieco odmiennie; jedziemy nie za bardzo wiedząc dokąd, a kiedy docieramy do celu, to zamiast informacji o miejscówce w której się znaleźliśmy, otrzymujemy… uśmiech naszego przewodnika. Ubogi angielski Shokriego był przeuroczy i zapewniał nam dodatkowe źródło emocji związanych z wrażeniem podróży w nieznane. Kiedy po powrocie do Polski zastanawiałem się, za którym elementem mojej wycieczki do Iranu będę najbardziej tęsknił, to za każdym razem miałem przed oczami uśmiech Shokriego.

Sytuację ratowały tablice informacyjne, które zarządzający rozmieszczali na wejściach i we wnętrzach zabytkowych budynków, a więc pod tym względem irańska praktyka w niczym nie różniła się od nam znanej. Tak było i tym razem. W sieni budowli umieszczono pokaźną tablicę, której treść w języku angielskim wyjaśniała, gdzie znaleźli się odwiedzający. W tym momencie poznałem nowe słowo: karawanseraj. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się później, iż rzeczownik ten funkcjonuje również w języku polskim. Naszym odpowiednikiem bliskowschodniego karawanseraju jest dawny zajazd, karczma. Nietrudno domyślić się, że przywędrował on do nas w czasach nader intensywnej styczności Polaków z Turkami, zakończonej udaną z naszej strony, walną imprezą pod Wiedniem. Turcy, Persowie i pozostałe narody Bliskiego Wschodu budowały karawanseraje na co bardziej ruchliwych szlakach handlowych, a różniły się one od naszych zajazdów tym, że nie stanowiły prywatnego zamysłu, lecz były chronione majestatem władcy i powstawały z jego inicjatywy. Obsadzone wojskiem i zaopatrywane przez władcę, były bezpiecznymi przystaniami dla podróżujących po bezkresnych przestrzeniach, rozciągających się od Morza Śródziemnego po Ocean Indyjski. Ten, do którego przywiózł nas Shokri został wybudowany z rozkazu szacha Abbasa I Wielkiego i nosi nazwę Madar-e Shah, czyli Matka Szacha. Znajduje się na dawnym szlaku, który przecinał ówczesną Persję od Morza Kaspijskiego po Ocean Indyjski i dla wędrujących z północy, stanowił przystanek na ostatnim etapie podróży do Esfahanu, będącego za rządów wspomnianego szacha stolicą Persji. W 2014 roku ukończono gruntowną renowację karawanseraju, która podkreśliła urzekające piękno architektury tego miejsca. 

Sąsiedztwo autostrady i pokaźny parking przed budynkiem sugerowały, iż miejsce to cieszy się dużą popularnością wśród przejezdnych, jednak o zmierzchu na wewnętrznym dziedzińcu było niemalże pusto. Obeszliśmy go dookoła i kierując się wskazaniami Shokriego, usiedliśmy wraz z Agnieszką przy jednym z ustawionych w jego narożniku stolików. Po chwili nasz przewodnik przyniósł z wnętrza budynku jednorazowe, przejrzyste i wysokie kubeczki, wypełnione chłodnym, bezbarwnym płynem. Bezbarwnym, nie oznaczało jednak pozbawionym smaku i zapachu, a te były niezwykłe. Jako europejczyk, nigdy nie piłem napoju orzeźwiającego o tak czystym smaku i zapachu. Zapytany przeze mnie Shokri wyjaśnił swoją fantastyczną angielszczyzną, że jest to napój zawierający miód pszczeli i przyprawy, których nazwy nie zrozumiałem tak, jak nie zapamiętałem nazwy samego napoju. Tuż za plecami Agnieszki znajdował się drugi stolik, więc siedząc naprzeciw niej, miałem okazję dyskretnego obserwowania siedzącej przy nim pary. Cieszyła mnie ta możliwość, gdyż „podglądactwo” jest jednym z moich ulubionych zajęć. On był barczystym mężczyzną w sile wieku z wyrazistą łysiną, którą próbował przykryć dramatyczną „pożyczką”, ona zaś; kobietą dużo młodszą od niego, dziewczyną wręcz o przykuwającej uwagę urodzie. Szczęśliwie nie siedzieli naprzeciw siebie, gdyż ona usiadła nieco z boku względem niego i mnie, a więc miałem okazję do podziwiania jej profilu i wysuwającej się niefrasobliwie spod chusty, niesamowicie gęstej grzywy błyszczących włosów o barwie miękkiej czerni. Nie odzywali się do siebie. On coś konsumował, ona zaś była zajęta przeglądaniem czegoś na ekranie swojego smartfona. Pewnie śledziła poczynania znajomych na zakazanym w Iranie Facebooku. Przez chwilę zastanawiałem się, czy są kochankami, jednak wydało mi się to mało prawdopodobne, gdyż wyczuwalna pomiędzy nimi aura była tak romantyczna, jak spotkanie robocze w kancelarii podatkowej. Doszedłem do wniosku, że to ojciec i jego rozkapryszona córka z bogatej rodziny. 

Niespiesznie sącząc bezbarwny napój o intrygującym smaku i zapachu, rozglądałem się za kolejnymi ofiarami uprawianego przeze mnie namiętnie procederu. Ktoś kiedyś powiedział, że jestem uważnym obserwatorem, jednak ja wiem swoje. Obserwowanie nie daje mi tyle przyjemności, co podglądanie. Tym razem trafiłem w przysłowiową dziesiątkę, która obficie nakarmiła moją wyobraźnię. To też była para, lecz zachowywała się w sposób diametralnie odmienny od „ojca” i „rozkapryszonej córki”. Aura między tym dwojgiem wibrowała potrzebą bliskości. Ona; smukła dziewczyna, poruszająca się w sposób wypełniony energią, lecz z pełną kobiecej łagodności gracją. On; całkiem przystojny, młody mężczyzna, nieco nazbyt usztywniony na pokaz, lecz w dalszym ciągu chłopięcy. Zauważalnie poszukiwali sposobności ku temu, aby zbliżyć się do siebie wśród obserwujących, a tych z pewnością nie brakowało; na dziedzińcu karawanseraju, umieszczono kamery pozwalające na śledzenie zachowań wśród odwiedzających to miejsce. Można by pomyśleć: a co interesującego może być w obserwowaniu, a raczej podglądaniu, mającej się ku sobie pary, i to w sytuacji raczej mało intymnej? Owszem, lecz nie w Islamskiej Republice Iranu. Kodeks karny tego kraju, w dużej mierze oparty na surowym prawie szariatu zawiera w swojej treści rozdział zatytułowany: Przestępstwa przeciwko roztropności i moralności publicznej. Lektura tego kodeksu, szczególnie okiem prawnika, pozwala na stwierdzenie, iż z jednej strony kodeks ten jest zaskakująco drobiazgowy (prawnik powiedziałby: kazuistyczny). Z drugiej zaś, regulacje w nim zawarte skonstruowane są w sposób dający dużą swobodę dla interpretującego i egzekwującego to prawo. Czytając wspomniany rozdział doszedłem do wniosku, że sposób sformułowania zawartych w nim przepisów pozwala na stosowanie czegoś w rodzaju swoistej zasady: jeżeli z przepisu nie wynika, że można ci przypisać popełnienie przestępstwa, to i tak możesz zostać ukarany. Przykład tego stanowi zacytowany na początku wpisu artykuł, zawierający takie oto sformułowanie: „...a jeżeli dopuszcza się czynu, który nie jest karalny według ustawy, lecz narusza roztropność publiczną, niech będzie skazany…„. Tym samym, za przestępstwo może zostać uznane samo przebywanie w towarzystwie osoby płci przeciwnej (tej samej również, jeżeli zawiera w sobie wiadomy podtekst). Spacerowanie razem po parku, picie herbaty w kawiarni, rozmowa na ulicy, a tym bardziej trzymanie się za ręce, czy o zgrozo; pocałunek, mogą, czy wręcz naruszają „roztropność publiczną”.  Konsekwencję uchybienia temu stanowi kara pozbawienia wolności lub kara cielesna. W przypadku osób tej samej płci, kary są dużo bardziej dotkliwe, z karą śmierci włącznie. Przypomina to trochę mające swoje korzenie w kulturze Zachodu konwenanse w  relacjach damsko – męskich i nie tylko, sprzed około stu lat. Również w zakresie kary śmierci. Może nie skodyfikowanej wprost i nie wykonywanej w majestacie prawa, ale na pewno mającej charakter dotkliwego ostracyzmu społecznego. Również skutkującego śmiercią. Oscar Wilde mógłby coś powiedzieć na ten temat. 

Markując zainteresowanie miejscami, których zdjęcia wykonałem wcześniej, okrążyłem dziedziniec karawanseraju i przyczaiłem się z aparatem w jego narożniku, mając na przeciwko upatrzoną parę. Aby nieco uspokoić poczucie winy wywołane świadomością robienia zdjęcia osobom, bez ich pozwolenia, skierowałem obiektyw nieco ku górze tak, jakbym był zaabsorbowany widokiem Księżyca, który był w tym momencie poza zasięgiem mojego aparatu. Ona przykucnęła i zrobiła zdjęcie jemu. 

Zmierzch otulił karawanseraj szacha Abbasa I Wielkiego i otaczającą go pustynię. Nadszedł czas powrotu do Esfahanu, więc udaliśmy się do samochodu pozostawionego na rozległym parkingu przed budynkiem. Od pustyni ciągnął powiew o teraz mi znanym, słodkim zapachu. Tak pachniał pszczeli miód z dodatkiem egzotycznych przypraw.