Zamek Bolczów

 

„Ostatnimi czasy co papież, to gorsza okazywała się łajza. Jak nie kretyn, to złodziej, jak nie złodziej, to łajdak, jak nie łajdak, to moczymorda i wszetecznik. A niekiedy wszystko naraz”.

A czasy te bez wątpienia należały do ciekawych. Był nawet taki okres, że papieży urzędowało trzech, i to jednocześnie. Czas ten historycy nazywają wielką schizmą zachodnią (1378 – 1417). Współcześni nie mieli powodów do radości, gdyż urząd papieski traktowano wyłącznie jako narzędzie rozgrywek politycznych, a osoby samych papieży nie posiadały żadnego autorytetu moralnego, którym wypadałoby legitymować się zasiadając na tronie Stolicy Piotrowej. Dla przykładu, Benedykt XIII tak rozpędził się w szafowaniu ekskomunikami, że praktycznie wyklął cały Kościół. Grzegorz XII uwielbiał hazard i kobiety do tego stopnia, że podobno przehandlował papieską tiarę dla spłacenia długów. Z kolei Jan XXIII (Baldessare Cossa – antypapież) miał być zwykłym mordercą, gdyż to jemu przypisywano rozkaz otrucia papieża Aleksandra V. Uwiedzenie niezliczonej ilości kobiet, sodomia, kazirodztwo i skrajna głupota w sprawowaniu powierzonego urzędu, skutkowały odebraniem mu tiary papieskiej przez sobór w Konstancji (1415). Zrozumiałym więc było oburzenie, jakie nikczemne czyny głów Kościoła i osób z nim związanych wywoływały wśród wiernych. Nadeszła epoka zmian, określana obecnie mianem prereformacji. Przyczyniła się ona do powstania kolejnego rozłamu w łonie Kościoła i otwartego konfliktu o wyjątkowo krwawym charakterze. Ale tak to już zazwyczaj bywa, gdy w grę wchodzi religia. Historia Jana Husa jest powszechnie znana, dlatego też ograniczę się w tym miejscu do przypomnienia, iż jedyną delegacją, która wstawiła się za Czechem na soborze w Konstancji była ta z Polski, której przewodniczył Paweł Włodkowic. Wiarołomne spalenie Jana Husa na stosie nie pozostało bez echa w jego ojczyźnie i w konsekwencji doprowadziło do szeregu brutalnych starć pomiędzy ludem Czech i władcami państw katolickich, którym przewodził Zygmunt Luksemburski, tytułujący się Świętym Cesarzem Rzymskim. Zwolenników nauki Jana Husa nazywano husytami, natomiast ich zmagania z poplecznikami Kościoła przeszły do historii, jako wojny husyckie (1419 – 1436). Owa świętość cesarza nie przeszkodziła Czechom niemalże każdorazowo sprawiać krwawej łaźni namaszczonym przez papieża i Luksemburczyka rycerzom. Żeby było weselej, to w walce ze „świętymi rycerzami” Kościoła, pomagali Czechom nie kto inny, tylko… Polacy. Wprawdzie robili to po kryjomu (chociaż i tak wszyscy o tym wiedzieli), jednak wsparcie ze strony polskiej było na tyle znaczące, że w ramach rewanżu, czescy husyci wsparli Polaków w wyprawie na ziemie Zakonu Krzyżackiego. Wspólna impreza była tak dalece udana, że jej impet powstrzymał dopiero… Bałtyk. Po prostu na brzegu morza nie było już kogo lać po łbach, dlatego też mocno rozochocona polsko – czeska gromadka, postanowiła wrócić do domu.

Któż z nas nie widział Bitwy pod Grunwaldem autorstwa Jana Matejki? Niekoniecznie w oryginale. Zakładam, że jest to pytanie retoryczne, gdyż wszyscy widzieli ten obraz. Chociaż… biorąc pod uwagę dzisiejszą młodzież, to głowy bym nie dał. Wracając do pierwszego pytania, mam drugie. A czy zastanawialiście się nad tym, jakie historyczne postacie Matejko uwiecznił w swoim dziele? Oczywiste są dwie centralne, czyli Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego – Ulrich von Jungingen, pośrodku z lewej i litewski książę Witold, pośrodku z prawej. Jednak w tym momencie interesuje mnie walczący pieszo i z odkrytą głową, dla patrzącego na obraz nieco w prawo u dołu względem księcia Witolda, wielki mężczyzna o blond włosach, odziany w charakterystyczną zbroję łuskową. Wspierając się lewą nogą o swoją ofiarę, unosi on właśnie do ciosu miecz dwuręczny, a człowiek, na którego ów rycerz się zamierzył, groteskowo próbuje osłonić się przed cięciem gołą ręką. Ten rycerz, to Jan Žižka z Trocnova, czeski bohater narodowy i późniejszy dowódca husytów w walce ze zwolennikami Kościoła katolickiego i stronnikami Zygmunta Luksemburskiego. Tak wówczas bywało; czescy heretycy, pospołu z jakby nie patrzeć, katolickim rycerstwem polskim, wycinali w pień namaszczonych przez papieża zbójów z czarnym krzyżem na białych płaszczach. W ramach swoistej współpracy i za milczącym przyzwoleniem króla Jagiełły, bogobojni polscy kawalerowie, ramię w ramię z niepokornymi Czechami, odcinali głowy uczestnikom „świętych krucjat” organizowanych przez Zygmunta Luksemburskiego przeciwko husytom. Krucjat popieranych przez kolejną, papieską łajzę. Przyznajcie, że Polacy mieli wówczas zdrowe podejście do tematu. Uwzględniając czas w którym powstała matejkowska Bitwa pod Grunwaldem, umieszczenie na niej postaci Jana Žižki, tworzy nader wymowną symbolikę.

Jan Žižka był superbohaterem swojej epoki, i określenie to wcale nie jest na wyrost. Warto mieć bowiem na uwadze chociażby to, że jako dowódca husyckich oddziałów, nigdy nie został pokonany w bitwie. Poza tym był jedyną osobą, która potrafiła załagodzić tarcia pomiędzy zwaśnionymi obozami zwolenników husyckiej prereformacji. Wszak Czesi, to Słowianie, a w naturze Słowian leżą spory, które w swych skutkach nieodparcie przypominają piłowanie gałęzi, na której się siedzi. Zasadniczo, w tym okresie czeskie oddziały były bardziej bitne od rycerstwa niemieckiego, jednak od momentu w którym hetmanem został Žižka, dysproporcja ta stała się przytłaczająca. Przede wszystkim z uwagi na nowatorską taktykę walki, jaką na pola bitew wprowadzili nasi południowi sąsiedzi, znacząco ulepszoną i doprowadzoną niemalże do perfekcji przez nowego hetmana. Wspomniana innowacyjność w prowadzeniu bitew, polegała na szerokim zastosowaniu, jeszcze wówczas bardzo prymitywnej broni palnej, którą instalowano na masywnych wozach konnych. Patrząc z perspektywy wieków można zaryzykować stwierdzenie, że wozy te stanowiły pierwowzór współczesnych czołgów. Jednak w przeciwieństwie do obecnej broni pancernej, wozy husytów nie służyły przełamywaniu szeregów wroga, lecz do obrony w bardzo specyficznym wydaniu. Kiedy nadchodził czas bitwy, Czesi błyskawicznie ustawiali z tych wozów krąg lub prostokąt (tzw. wagenburg), tworząc z nich ruchomą twierdzę w środku której gromadziła się ich piechota i jazda. Podczas szarży przeciwnika, umieszczona na wozach artyleria starała się razić przede wszystkim konie, bez których zakuci w ciężkie żelastwo rycerze niemieccy stawali się praktycznie bezbronni. We właściwie wybranym przez dowódcę momencie, krąg wozów rozstępował się, a spoza jego osłony wypadała husycka piechota uzbrojona w okute żelazem cepy. Żadna zbroja nie była w stanie powstrzymać uderzeń zadawanych tym prostym, lecz bardzo skutecznym w walce wręcz narzędziem. Czesi po prostu osaczali poszczególnych rycerzy i tłukli ich cepami tak długo, aż ci padali na ziemię, po czym podrzynali leżącym gardła. Co istotne, husyci praktycznie nie stosowali bardzo popularnego wówczas wśród zachodniego rycerstwa prawa wykupu, czyli brania w niewolę żywcem członków co bardziej znamienitych rodów rycerskich po to, aby rodzina mogła ich wykupić za stosowną kwotę. Ta brutalna metoda przynosiła wyśmienite efekty z uwagi na strach, jaki wywoływała wśród przeciwników. Starcie z bezlitosnymi husytami oznaczało niemalże gwarantowaną śmierć, dlatego zdecydowana większość niemieckiego rycerstwa wolała oddać pole, już na samą wieść o zbliżaniu się Czechów.

Jan Žižka zmarł podczas zarazy w Přibyslaviu w 1424 roku. Od tej chwili, dowodzone przez niego oddziały nazywano sierotkami. To właśnie tych sierotek najbardziej bało się później rycerstwo Zygmunta Luksemburskiego. Co ciekawe, Žižka nawet po śmierci wiódł swoich ludzi do walki. Z jego polecenia, po śmierci odarto jego ciało ze skóry, którą obleczono bęben bitewny. W rytm uderzeń tego bębna pracowały cepy sierotek, które wyciskały dusze z bogobojnych, katolickich rycerzy. Ostatecznie husyci zostali pokonani (bitwa pod Lipanami, 1434) lecz paradoksalnie, osiągnęli to, o co walczyli. Najwyraźniej obawiając się krnąbrnych Czechów, Zygmunt Luksemburski zgodził się zawrzeć tzw. kompaktaty praskie (1436). Na ich mocy uznano autonomię Kościoła husyckiego i komunię pod dwiema postaciami. Liturgię od tego czasu odprawiano w języku czeskim, a czeski sejm wybierał arcybiskupa.

Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”, a że podczas wojen husyckich „rąbanie” odbywało się szczególnie intensywnie, to wśród ofiar znaleźli się nie tylko mieszkańcy terenów na których gorzał ów konflikt, lecz całe wsie, miasta i… zamki, których na Dolnym Śląsku jest mnóstwo. W średniowieczu, zdobywanie zamków stanowiło prawdziwie męski sport, dlatego oddawano mu się z lubością. Historia powstania znajdującego się nad Janowicami Wielkimi zamku Bolczów nie została do końca wyjaśniona, lecz jest pewnym, że padł on ofiarą wspomnianych zmagań pomiędzy husytami i katolikami. Przyjmuje się, że został on wzniesiony w latach 1371 – 1386 z inicjatywy niejakiego Clericusa Bolcze (Bolz), który uczynił z niego siedzibę swojego rodu. Rzeczony ród, wprawdzie rycerski, nie opływał jednak w dostatki. Z tej też przyczyny, jego członkowie zmuszeni byli dorabiać sobie po godzinach, łupiąc przejeżdżających nieopodal kupców. Żeby tego było mało, to gdy nastali husyci, Bolcze odczytując prawidłowo aktualną koniunkturę, zaczęli sprzyjać Czechom, goszcząc ich niejednokrotnie podczas wypraw na ziemie nie dającego się lubić biskupa wrocławskiego, Konrada IV (Oleśnickiego). Konrad niewątpliwie był wówczas człowiekiem mocno sfrustrowanym, gdyż za każdym razem, gdy chcąc się przypodobać Zygmuntowi Luksemburskiemu wyruszał na husytów, to ci niezwłocznie wybijali mu z głowy cepami tego rodzaju, średniej jakości pomysły. Biskup był jednak postacią na tyle znaczącą, że załapał się na karty wspominek autorstwa Jana Długosza, gdzie czytamy: „…mąż czarniawy i złośnik, małej nauki, niskiego wzrostu, oddany obżarstwu, nieumiarkowany względem kobiet, w wydatkach rozrzutny, tłustego ciała, oczy miał ropiejące, w mowie jąkał się i bełkotał…”. Ewidentnie, kawaler godny swoich czasów. Wracając jednak do tematu wspomnianego zamku, to w 1433 roku uznano, że Bolcze przeciągnęli strunę, a może po prostu szukano w miarę łatwej okazji do odegrania się za niepowodzenia, jakich biskup Konrad doświadczył w konfrontacji z czeskimi zabijakami. Będący zwolennikami Konrada mieszczanie świdniccy zorganizowali wyprawę, która zdobyła zamek i sprawiła lanie jego właścicielom. Militarnie, sukces mizerny, gdyż nawet w tamtych czasach, zamek nie miał większego znaczenia strategicznego, ale liczył się sam fakt odniesienia zwycięstwa w starciu z sympatykami znienawidzonego husytyzmu.

Znaczenia strategicznego zamek Bolczów nigdy nie posiadał, lecz jest on w pewien sposób wyjątkowy, a cecha ta polega na przemyślnym wkomponowaniu twierdzy w otoczenie. Wprawdzie obecnie budowla jest ruiną (zamek odbudowano po wojnach husyckich, lecz ponownie zrujnowali go Szwedzi podczas wojny trzydziestoletniej), ale nawet w tym stanie jego widok jest niesamowity i w pełni oddający niezwykłą atmosferę Rudaw Janowickich. Odnalezienie zamku nie jest trudne, jednak idąc od strony Janowic Wielkich, wiąże się z nieco forsownym podejściem. Latem nie stanowi to większego problemu, ale zimą trasa potrafi zamienić się w niebezpieczną ślizgawkę. Właśnie na taką trafiłem w czasie wizyty, podczas której powstały załączone do tego wpisu zdjęcia. Biorąc za punkt odniesienia dworzec kolejowy w Janowicach Wielkich (można tam zaparkować samochód), spacer rozpoczynamy idąc szlakiem żółtym, następnie po przejściu niecałego kilometra skręcamy na szlak zielony. Idziemy asfaltową drogą pomiędzy domami do momentu w którym docieramy do granicy lasu. Tam musimy pokonać niezbyt szeroki strumyk (brak kładki) i zaczynamy wspinaczkę kamienistą ścieżką, która zygzakując doprowadzi nas do głównej bramy zamku. Do pokonania mamy ponad 200 metrów przewyższenia. Stając u wejścia nie widzimy nic nadzwyczajnego, a wręcz możemy poczuć się rozczarowani. Od tej strony, twierdza przypomina mały kurnik. Jednak po przekroczeniu pierwszej linii murów szybko orientujemy się, iż wywołanie niepozorności warowni, leżało w zamierzeniu jej twórcy. Pierwszy dziedziniec jest niewielki i otoczony wysokimi murami, a na dziedziniec główny dostajemy się wąskim przejściem, które łatwo było bronić. Po pokonaniu bramy wejściowej, ewentualni napastnicy znajdowali się w tym momencie w ciasnej pułapce i nietrudno wyobrazić sobie, co mogło dziać się, gdy na ich głowy leciały niespodzianki przygotowane przez obrońców. Wnętrze zamku jest zaskakująco obszerne i w ogóle, cała budowla okazuje się być całkiem pokaźnych rozmiarów. Tutaj widać jak na dłoni element, który czyni zamek Bolczów wyjątkowym. Cechą charakterystyczną dla Rudaw Janowickich jest obecność niezwykle malowniczych formacji skalnych, które opisałem wcześniej we wpisie zatytułowanym: Starościńskie Skały. Architekt projektujący zamek wkomponował budowlę w taką grupę skalną, tworząc z naturalnie usytuowanych, granitowych bloków, nierozerwalny składnik swojego dzieła. Warownia znajduje się na skalistym granitowym wzniesieniu o wysokości ponad 500 metrów, górującym nad doliną potoku Janówka i oprócz własnych walorów estetycznych, oferuje rozległy widok na urodziwą panoramę sudecką z charakterystycznymi wierzchołkami Sokolików na pierwszym planie. Obserwując okolicę z zachowanego tarasu, na który prowadzą wykute w skale schody, oczami wyobraźni można zobaczyć maszerujące w dole pomiędzy drzewami i we mgle oddziały husytów, którzy ponad 600 lat temu ciągnęli tędy z kolejną rejzą.

Przytoczony na wstępie wpisu, bardzo dosadny w swojej treści cytat, pochodzi z Trylogii Husyckiej autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Opowieści obszernej, jednak dobrze wyważonej i nie rażącej dłużyznami. Chwilami rubasznie wesołej, lecz w rzeczywistości pięknie smutnej historii nieszczęśliwej miłości, pełnej wyrazistych postaci. Zarówno takich prawdziwych, o których możemy poczytać na kartach opracowań historycznych, jak i takich, które pojawiały się wyłącznie w opowieściach snutych niegdyś przed snem dzieciom. Niekiedy, bardzo niegrzecznym. Ale taki to już jest, ten Dolny Śląsk. Dużo w nim treściwej historii, lecz miejsca na baśniowe opowieści również nie zabraknie.

Halo, Biesy? Po raz kolejny, dziękuję 🙂