Kazbek (I)

Stare Tbilisi z górującymi nad nim pozostałościami twierdzy Narikala. Stare, czyli nowe, gdyż pieczołowicie odrestaurowywane. Najładniejsza część miasta. Wzniesiona w V. w twierdza jest rówieśniczką miasta i przez wieki była systematycznie rozbudowywana. W XIX w. została w znacznym stopniu zniszczona. Wersje są dwie; na skutek trzęsienia ziemi, lub w wyniku wybuchu składu amunicji, stacjonujących wówczas w Tbilisi wojsk carskiej Rosji. Obecnie do twierdzy można dostać się kolejką linową, z której wagoników oglądamy fantastyczną panoramę miasta, albo na piechotę, schodami i stromą drogą dla samochodów.

Tadek z Nowego Jorku zjawił się około pierwszej w nocy.

– Zwróćcie uwagę na ślady, które samoloty zostawiają na niebie. Szczególnie na te, wiszące nam nad głowami całe godziny. Zobaczcie, przeleci taki i zostawia smugę. Normalnie, to taka smuga rozpływa się w kilka minut, a spreparowana kiśnie na niebie i nie zamierza zniknąć. Oni sypią tam różności do tych samolotów, a te rozpylają świństwo nad wybranymi obszarami. Później są powodzie, albo susze, ludzie chorują na raka i nie mają co jeść. To taka „wojna bez wojny”!

Tadek z przekonaniem wykłada nam ten temat przez dłuższy czas, a z przewieszonej na jego ramieniu sporej saszetki, wymownie spoziera na okolicę głowa napoczętej flachy. Wreszcie zasycha mu w gardle, i pod pretekstem udania się na stronę, faktycznie zmywa się na stronę. Żeby łyknąć sobie słusznie poza zasięgiem ciekawskich kamer lotniskowego monitoringu. W krótkim czasie wraca i z nową energią zaczyna nam klarować sprawy, których nasze głowy nie są w stanie ogarnąć. Ogólnie, to Tadek w środku nocy na lotnisku Chopina stanowił interesujący początek przygody z kolejnym pięciotysięcznikiem. Maltretował mnie i poznanego nieco wcześniej Krzyśka z udającej się do Gruzji ekipy przez blisko cztery godziny, gdyż jego samolot do Paryża, skąd leciał już do Stanów, odprawiał się kilka minut po naszym. Wierzcie mi, długo będę pamiętał surrealistyczną noc, jaką spędziłem wówczas w oparach fantazyjnych opowieści Tadka i trawionej przez niego wódy, przemieszanych z intensywną wonią wody kolońskiej, której używał do zamaskowania aromatu potu i alkoholu.

– Ale wiecie, co jest najlepsze? – Tadek łypie znacząco w naszym kierunku – Mieszkając w Nowym Jorku, mogę używać wody do woli, a płacę zawsze tyle samo! – oznajmia z tryumfem.

– Jeżeli będziecie kręcili się gdzieś w pobliżu Manhattanu, to zapraszam was na darmowy shower! – wylewnie nas ściska i w przypływie jakże polskiej czułości, każe nam zapisać swój amerykański numer telefonu. Dochodzi godzina czwarta nad ranem i rozpoczyna się check in dla pasażerów lecących do Kijowa. Czas ruszać na Kazbek. Żegnamy się z Tadkiem i stajemy w kolejce do bramki.

Opadające ku rzece Mtkwari ulice zdają się nigdy nie zasypiać. O zmroku, nieustannie przelewa się po nich fala turystów. Miejsc do zabawy i dobrej kuchni jest bez liku, a zwykłe sklepy spożywcze i kantory sprawiają wrażenie otwartych bez przerwy.

Rok wcześniej Ukraińcy zafundowali mi prawdziwe tournée, wysyłając do Teheranu przez Kijów i Mińsk, a na powrocie pozwalając odwiedzić Ateny. W dodatku musiałem korzystać z usług innych przewoźników, gdyż niebiesko – żółci bez podania powodu odwoływali loty, dlatego też ponownie lądując w Kijowie węszyłem podstęp ze strony ukraińskich linii lotniczych (UIA). Byłoby zbyt pięknie, gdybyśmy mieli, ot tak, po prostu przesiąść się w stolicy Ukrainy i polecieć sobie beztrosko do Tbilisi. Ku mojemu zaskoczeniu, bez problemów przeszliśmy kontrolę lotniskową, i o czasie obsługa bramki wpuściła nas do rękawa wiodącego ku podstawionemu samolotowi. Jednak w tym miejscu Ukraińcy ponownie stanęli na wysokości zadania, gdyż nie wpuszczono nas do wnętrza. Dowcipasy. Międzynarodowa gromadka lecących do Gruzji początkowo stała niewzruszenie, oczekując na pozytywny rozwój wydarzeń, jednak z upływem czasu zaczęto rozmawiać coraz głośniej, a wkrótce po tym, padło hasło: awaria samolotu, wracamy do hali odlotów. Obsługa wycofała nas z korytarza i zachowując spokój, kazała czekać w pobliżu bramki. Oprócz informacji o awarii, na ten moment nie było wiadomym, co dalej z naszą podróżą. Mija z pół godziny i nagle pojawia się nadzieja.

– Pasażerowie lotu do Tbilisi, proszeni są o udanie się do bramki D15! – rozlega się w lotniskowych głośnikach. D15, to na parterze, a my jesteśmy na drugim piętrze, przy bramce D11.

Zabieramy bagaże podręczne i żwawo maszerujemy przez terminal D w kierunku zejścia na parter. Coś jest jednak nie tak, gdyż zerkając na ekran informacyjny widzę, że D15 do Tbilisi ponownie zmienia się na D11, jednak lotniskowe głośniki nadal milczą. Schodzimy na parter, co nawet na kijowskim lotnisku stanowi całkiem niezły spacer i w tym momencie słyszę:

– Pasażerowie lotu do Tbilisi, proszeni są o powrót do bramki D11! – Ukraińcy niczym panna na wydaniu zmieniają zdanie, lecz nie wszyscy z naszej grupy słyszą ten komunikat. Ludzie i głosy giną w rozgardiaszu, jaki panuje na parterze lotniska. Obracam się na pięcie i rozpoczynam odwrót. Po drodze mijam jedyny ekran informacyjny, na który chyba mało który z naszych zerknął, gdyż przed bramką D11 pojawia się tylko część ekipy. Reszta z uczestników wycieczki została na dole. Przed jedenastką, jakby nigdy nic, obsługa rozpoczyna boarding, właśnie na ten sam samolot, który kilka minut wcześniej miał mieć awarię. Oczami wyobraźni widzę Wanię z Saszą, którzy pośpiesznie łatają taśmą izolacyjną wiązki popalonych przewodów i odpalają silniki w leciwym Boeningu. Te ruszają, plując olejem i dobywając z siebie chmurę dymu. Sukces! Można lecieć!

Tamada, czyli mistrz toastów na ucztach i weselach, mistrz ceremonii, wodzirej. Uczta po gruzińsku, to supra, a wznoszenie toastów w Gruzji, stanowi prawdziwą sztukę. Tamada to osoba poważana i koniecznie z dużym doświadczeniem. Gdy Tamada jest kiepski, to impreza idzie słabo i goście nie są zadowoleni.

Ktoś znienacka pyta: – A do Gruzji, to będziemy lecieć nad Morzem Czarnym, czy wyłącznie nad lądem? – odpowiedź wywołuje we mnie specyficzny dreszczyk emocji – Nad lądem, po co nad morzem? Przecież to dalej będzie – Z geografii byłem całkiem niezły, dlatego też przypominam sobie, że w przypadku lotu nad lądem, znajdziemy się w pobliżu terenów zajętych przez Rosjan w 2014 roku. A tam… Tam z pewnością stacjonują rosyjskie systemy przeciwlotnicze BUK, na które ukraińska maszyna może zadziałać, niczym przysłowiowa płachta na byka. O ich skuteczności przekonali się pasażerowie samolotu należącego do Malaysian Airlines w lipcu 2014 roku. Ze znajdujących się na jego pokładzie 298 osób (w tym 80 dzieci) nie przeżył nikt. Podejrzenie od razu padło na Rosjan, ale nikt im tego nie udowodnił. Zresztą, nawet gdyby, to co z tego? Jakie znaczenie ma tych kilkaset istnień ludzkich w obliczu wielkomocarstwowej polityki? Kiedy w 1988 roku Amerykanie zestrzelili na Zatoką Perską wypełniony cywilami irański samolot, to też nikt ich nie rozliczał. Cynicznie można teraz powiedzieć, że dzięki temu incydentowi, niemalże natychmiast zakończyła się trwająca od ośmiu lat wojna iracko – irańska, która pochłonęła milion ofiar. Pełne goryczy pocieszenie. W korytarzu wiodącym do wnętrza samolotu widzę chwilowo zagubionych znajomych z mojej ekipy i teraz jesteśmy w komplecie. Przelot odbył się w przeważającej części nad Morzem Czarnym.

Wąskie uliczki dzielnicy kupieckiej w pobliżu mostu Metekhi. Miejsce zabawy, odpoczynku, dobrego jedzenia i picia oraz tętniące życiem zagłębie handlu wszystkim.

Przytłaczające uczucie wywołane falą kontynentalnego upału nie stanowiło dla mnie zaskoczenia po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza samolotu. Idąc korytarzem do hali przylotów lotniska w Tbilisi żartowałem, iż po jednorazowym, zeszłorocznym wypadzie do Iranu, stałem się na tyle doświadczonym podróżnikiem, że niespotykana w Polsce temperatura i niska wilgotność powietrza nie były dla mnie niespodzianką. Przynależne do stolicy Gruzji lotnisko okazało się być niewielkim portem, do którego częściej przybywały opasłe transportowce armii Stanów Zjednoczonych, niż samoloty regularnych linii lotniczych. Stojąc przed stanowiskami kontroli paszportowej, przez oszklone ściany widziałem charakterystycznie malowane, szare cielska maszyn z gwiaździstym sztandarem na ogonach, które przycupnęły na lewo od terminala cywilnego. Zaraz po nas, Amerykanie posadzili na głównym pasie lotniska ogromnego C-17, a tuż za nim podszedł do lądowania Hercules z długą lancą na dziobie, przystosowaną do tankowania w powietrzu podczas lotów międzykontynentalnych. Po wydarzeniach, które miały miejsce w tym regionie w 2008 roku, obecność Amerykanów stanowi dla Gruzinów realną gwarancję bezpieczeństwa przed ewentualnymi zapędami Rosjan. Realną z tego względu, iż w tamtym trudnym dla nich czasie, oprócz słów otuchy, którymi można było sobie podetrzeć wiadomą część ciała, świat nie udzielił Gruzji żadnego namacalnego wsparcia. No może oprócz pewnego wyjątku. W osobie niejakiego Lecha Kaczyńskiego, postrzeganego obecnie przez Gruzinów, jako ich własnego bohatera narodowego.

Stare Tbilisi. Domy kupieckie. Wprawdzie nieustannie służą również celom handlowym, jednak są wykorzystywane w nieco odmiennej konfiguracji niż ta, którą miały na przykład 100 lat wcześniej. O ile wtedy dół był sklepem, a góra magazynem i jednocześnie mieszkaniem kupca i jego rodziny, to na chwilę obecną, współcześni właściciele już w nich nie mieszkają. Przestrzenie w budynkach są przeznaczane pod ekskluzywne sklepy, galerie, lokale rozrywkowe i restauracje.

Poprzedni posiłek zjadłem w piątkowy wieczór na nieprzyjaznym Dworcu Centralnym w Warszawie, a teraz mieliśmy późne, sobotnie popołudnie w Tbilisi. Dlatego też z prawdziwym entuzjazmem przywitałem rzucone przez moich kompanów hasło: ruszamy na miasto! Żeby jednak uskuteczniać tego rodzaju podboje, całą wyprawę wypadało rozpocząć od wymiany posiadanych euro lub dolarów na miejscową walutę, i tutaj nastąpiło niemałe dla mnie zaskoczenie. Otóż zeszłoroczna wizyta u Persów wbiła mnie w przekonanie, iż wymieniając sto euro na lari, bo tak nazywa się gruzińska waluta, stanę się od ręki milionerem, tymczasem ku mojemu niezmiernemu zdziwieniu, po oddaniu w kantorze owych stu euro, w garści trzymałem jedyne 280 lari. Kobieta za grubą taflą szkła i kratą musiała zauważyć moje zdumienie, gdyż pytająco uniosła brwi, a ja tymczasem zapomniałem przysłowiowego języka w gębie. Jak bowiem z tak mizerną kwotą miałem podbijać stolicę Gruzji w stylu, godnym bohatera niezapomnianego Kac Vegas? Morał z tego taki, że jeżeli nie chcecie mieć w podobnych sytuacjach tak głupiej miny, jak moja, to przed wyjazdem sprawdźcie kurs waluty kraju, do którego się wybieracie. Jedno lari jest warte około 1,5 zł, dlatego też obrzydliwie bogatymi w zera na banknotach milionerami nie zostaniecie po odejściu od kantorowego okienka w Gruzji.

Widok stanowiący pocztówkową wizytówkę Tbilisi. Rzeka Mtkwari u dołu i kościół Metekhi u góry, widziane z mostu o tej samej nazwie. Pomiędzy nimi posąg jeźdźca na koniu, unoszącego dłoń w geście pozdrowienia. To Wachtang I Gorgasali, król Gruzinów z V w. i święty Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego, a także założyciel Tbilisi. Zginął w walce z moimi zeszłorocznymi gospodarzami, czyli z Persami.

Ociekające złotymi promieniami zachodzącego słońca miasto, wzięło nas w swoje przyjazne ramiona z entuzjazmem, który z pewnością zauroczył już bardzo wielu turystów przed nami. Zauroczenie, admiracja, fascynacja, oczarowanie… Sporo tego rodzaju określeń proponuje słownik synonimów. Każde z nich pasowało idealnie do myśli, które opadły mnie w tym momencie na widok zabudowań wspinających się na okoliczne wzgórza i opadających ku nurtowi rzeki Mtkwari. Jak chyba każde większe skupisko ludzkie, miasto nie jest pozbawione skaz i pięknych inaczej miejscówek, jednak teraz, na chwilę przed zmierzchem, sprawiało ono oszałamiające wrażenie swoją zapraszającą i przytulną urodą. To, na co zwraca się uwagę już na pierwszy rzut oka, to czyste ulice. Może niekiedy bardziej garbate i dziurawe niż te, które dokuczają nam w polskich miastach, lecz zadbane na tyle, na ile pozwala surowy, kontynentalny klimat. Tak, jak rok wcześniej w Teheranie, od razu zauważyłem bardzo charakterystyczną dla tego regionu, swoistą „patynę”, która pokrywała zabudowania i miejską zieleń, tłumiąc jej soczyste barwy tak, jakby były przyprószone delikatną warstwą piaskowego kurzu. Naniesiony przez wiatr z pobliskich, gołych wzgórz, drobniutki piasek otula zabudowania tak, że nawet niedawno wzniesione budowle, sprawiają wrażenie starożytnych monumentów. O Nowym Jorku mawia się, że jest to miasto „które nigdy nie śpi”. Gruzini najwyraźniej są zafascynowani Ameryką, gdyż nawet ich policja ma mundury i samochody stylizowane na widywane w hollywoodzkich produkcjach, a jedną z najważniejszych ulic Tbilisi jest ta, imienia George W. Busha. Wracając jednak do bezsennego Nowego Jorku, Tbilisi wydaje się być jego malutkim, lecz znacząco ładniejszym odpowiednikiem pod tym względem. Stolica Gruzji sprawia wrażenie nigdy nie kładącej spać, a fale turystów przelewają się po jej ulicach przez całą noc. Miejsc do zabawy i dobrej kuchni jest bez liku, a zwykłe sklepy spożywcze i kantory zdają się być nieustannie otwarte. W necie można znaleźć dużo praktycznych informacji na temat pobytu i atrakcji, jakie możemy odnaleźć w Tbilisi, dlatego też zapraszam do ich wyszukiwania i gorąco zachęcam do podjęcia decyzji o odwiedzeniu tego miasta. Chociażby takiego weekendowego wypadu ze znajomymi, czy ukochaną osobą. W rzeczywistości nie jest to aż tak odległe miejsce. Wiza jest niepotrzebna, a lot z Warszawy (z przesiadką w Kijowie), to cztery godziny z ogonem w jedną stronę.

Mieszanka architektoniczna na Starym Mieście. Budynek z czasów dominacji rosyjskiego caratu, a naprzeciwko symbol chrześcijańskiej kultury gruzińskiej, czyli Katedra Sioni.

A co w kwestii najistotniejszej dla przeciętnego turysty, czyli jak cenowo wygląda pobyt w Tbilisi? No cóż, według stanu na lipiec/sierpień 2017 roku, ceny są mocno zbliżone do tych, z jakimi stykamy się w polskich miastach prowincjonalnych, czyli na przykład w nieodległym dla mnie Szczecinie. Mam tutaj na myśli ceny za średniej jakości usługi, pomijając te, w wersji de luxe. Pamiętajmy przy tym, iż przeliczając gruzińskie ceny na złotówki, musimy je przemnożyć x 1,5. I tak dla przykładu, za jednodaniowy (w zupełności wystarczający) obiad i piwo/wino do niego, w eleganckiej restauracji w centrum, będziemy musieli zapłacić od 25 do 30 lari od osoby. W kwotę tą wliczony jest już napiwek, który stanowi 10 – 15 % rachunku i od razu jest na nim uwidoczniony. Uważam, że jest to słuszne rozwiązanie, gdyż stanowi grę w otwarte karty i nie pozostawia niedopowiedzeń. Gruzja słynie z wina, dlatego też do posiłku warto zamówić ten szlachetny trunek, chociażby do spróbowania. Koszt lampki naprawdę dobrej jakości wina, to minimum 10 lari w tej samej restauracji. Poniżej tej ceny nie ma sensu schodzić, bo nigdy nie zasmakujemy prawdziwie gruzińskiego wina z duszą. No chyba, że będziemy goszczeni na wsi, gdzieś wśród winnic. Jeżeli jesteśmy w grupie, to bardziej opłaca się wzięcie całej butelki od razu, niż płacenie od kieliszka. Piwo Gruzini warzą raczej słabe, i nie mam tutaj wyłącznie na myśli zawartości alkoholu. W lokalu, cena piwa oscyluje w granicach 4 – 5 lari, natomiast w sklepie, możemy je nabyć za 2 – 2,5 lari. Jeżeli chodzi o noclegi, to również w tym przypadku miałem do czynienia z cenami na średnim poziomie. Doba w całkiem niezłym hotelu w pobliżu centrum miasta (10 minut na piechotę), kosztowała mnie 30 dolarów za pokój dwuosobowy z oddzielnymi łóżkami i łazienką (hotelarze preferują euro/dolary). Jeżeli zamarzy nam się pokój z łożem małżeńskim i balkonem, to do tej kwoty będziemy musieli dopłacić następne 10 dolarów. Chodząc po ulicach miasta widziałem ogłoszenia, na których dla mało wymagających oferowano pokoje wieloosobowe za 10 lari. Mając w perspektywie leżenie przez następnych kilka dni na kamieniach w namiocie pod Kazbekiem, skorzystanie z takiej propozycji jawiło mi się jako ewidentny masochizm.

Katedra Sioni. Jedna z najważniejszych świątyń Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Do 2004 roku znajdowała się tam siedziba patriarchy Eliasza II, przeniesiona następnie do soboru Trójcy Świętej. W pierwotnym kształcie, jej budowę przypisuje się królowi Wachtangowi I Gorgasali w V w. Faktycznie, na tym miejscu w czasach Gorgasaliego stała inna świątynia chrześcijańska, a obecną katedrę wzniesiono na przełomie XI i XII w. Wielokrotnie niszczona przez najeźdźców i trzęsienia ziemi, w dzisiejszej postaci, odbudowana przez króla Wachtanga VI w XVIII w.
Bezdomnych kotów w Tbilisi jest dużo, lecz wiodą one raczej dostatnie życie, co widać po ich dobrze utrzymanych futerkach. Nie są też maltretowane przez ludzi, o czym świadczy ufność, z jaką zbliżają się do obcych.
Bezpańskie psy w stolicy Gruzji, w rzeczywistości nie są bezpańskie, gdyż należą do miasta. Czynione są starania ku temu, aby każdy z nich był oznakowany (kolczyk w uchu), szczepiony i sterylizowany w celu kontrolowania ich populacji. Stanowią nieodłączny element wizerunku ulic Tbilisi, całymi godzinami wylegując się w cieniu budynków, nie niepokojone i dokarmiane przez ludzi. Delikwent na zdjęciu okupuje miejscówkę przy kantorach, nieopodal stacji metra Avlabari. Zdjęcie zrobiłem po przylocie do Tbilisi, a tydzień później zostałem przez niego przywitany dokładnie pod tą samą witryną sklepową.

 

Dalszy ciąg przygody w Gruzji i opis stawienia czoła zaskakująco wymagającemu przeciwnikowi, jakim jest Kazbek – wkrótce 🙂 

 

Z pozdrowieniami dla Irakliego i Nataszy, czyli naszych dzielnych przewodników, bez których impreza na pewno wzięłaby w łeb, dla lidera Zbyszka, który mnie ciągle… (Zbyszek, Ty wiesz co 😉 ) i dla super ekipy, czyli Ani, Kasi, Bartka, Krzyśka i Przemka.

Do zobaczenia gdzieś, kiedyś, na górskim szlaku 🙂