Karkonosze

Szrenica (1362 m n.p.m.) z widocznym na szczycie schroniskiem. Na co dzień, kolejny z wielu karkonoskich wierzchołków o niezbyt porywającej aparycji „kopca kreta”. Otulona chmurami, staje się nad wyraz urodziwa i tajemnicza. Tutaj, widok z podejścia w kierunku Łabskiego Szczytu (1471 m n.p.m.)

Nie są specjalnie wysokie, ani też nazbyt rozległe. Dla wytrwałego piechura, przejście ich głównego grzbietu od Szklarskiej Poręby do Przełęczy Okraj, nie powinno zająć więcej, jak osiem godzin rzetelnego marszu. Nawet wliczając w to postoje na krótki odpoczynek. Brakuje im strzelistych szczytów i niekiedy drapieżnej urody Tatr, jednak zdecydowanie, mają w sobie „to coś”. Masywne, jakby ociężałe, nader często otulone mgłą, bądź też pierzyną kurczowo trzymających się zboczy chmur, co stanowi niezwykłe widowisko. Może być bowiem tak, że poza ich pasmem, słońce zalewa okolicę i nieliczne obłoki unoszą się wysoko, a tymczasem one nadal tkwią w szarości pełznącego wzdłuż ich stoków kłębowiska. Gdy zobaczyłem je po raz pierwszy, od razu widok ten skojarzył mi się z wyobrażeniem grzbietu ogromnego, prehistorycznego gada, który drzemie tutaj od milionów lat. Takie są Karkonosze.

Kawalkada turystów na czerwonym szlaku (Głównym Szlaku Sudeckim), nieopodal schroniska „Odrodzenie”. Czerwony szlak jest licznie uczęszczany na całym swoim przebiegu. Również w tym miejscu (Przełęcz Karkonoska), skąd gromady łazików wyruszają w kierunku odległej o prawie 10 km stąd Śnieżki. Jeżeli nie chcecie wędrować w tłumie, to startującym z okolic „Odrodzenia”, polecam zejście na szlak oznaczony kolorem zielonym. Po wyjściu ze schroniska i przejściu kilkuset metrów czerwonym w stronę szczytu Małego Szyszaka (1439 m n.p.m.), skręcamy w lewo na zielony. Odtąd, przez 4 kilometry, możemy rozkoszować się marszem w samotności, gdyż jest to odcinek niemalże bezludny. Po dojściu do Pielgrzymów, wybieramy szlak żółty (do Słoneczników), albo niebieski, przebiegający obok położonego nad Małym Stawem schroniska „Samotnia”. Tędy wracamy na szlak czerwony i idziemy na Śnieżkę.

Jakiś czas temu, na stronie Gazety Wrocławskiej pojawił się artykuł o tym, że Karkonosze są oblężone przez turystów. Padło wręcz stwierdzenie, że są to najbardziej zatłoczone góry w Polsce, gdyż średniorocznie na kilometr kwadratowy Karkonoskiego Parku Narodowego przypadają 42 tysiące przyjezdnych. Liczba ta bez wątpienia robi wrażenie, jednak nawet tam, znajdą się miejsca dla włóczykijów, pragnących w samotności przemierzać górskie szlaki. Wystarczy bowiem wyjść poza obszar w którym poruszają się bywalcy luksusowych hoteli i ośrodków spa, których nie brakuje w Szklarskiej Porębie i Karpaczu, a na pewno znikną uciążliwe tłumy i będzie można cieszyć się spokojem malowniczej wędrówki. Oczywiście, po drodze będziemy spotykać innych wędrowców, lecz nie będą oni należeć do mało sympatycznej grupy bab z wózkami, zasmarkanych i rozbeczanych bachorów, czy też podchmielonych facetów w klapkach i skarpetkach. W pewne miejsca, jest dla nich po prostu za daleko, albo szlak nie przypomina promenady w Sopocie.

Moim zdaniem, jeden z najbardziej charakterystycznych i najpiękniejszych widoków w Karkonoszach. Kocioł Małego Stawu, Mały Staw i schronisko Samotnia z perspektywy idących Głównym Szlakiem Sudeckim (czerwonym). Jak się dobrze przyjrzycie temu zdjęciu, to na lewo i w górę od Samotni, już w chmurach ukrywa się drugie schronisko. Jest to Strzecha Akademicka.
Jedno z najstarszych schronisk w Karkonoszach, czyli Martinova Bouda (Czechy), popularnie nazywana Martinovką. Znajduje się na zboczu Wielkiego Szyszaka, na wysokości 1288 m n.p.m. Podobno miejscówka ta była wykorzystywana, jako schroniskowa, już od 1642 roku. Jednak nie jest to pierwotny budynek, lecz modernizowana przez stulecia budowla, która stanęła tutaj w 1785 roku. Nastąpiło to z inicjatywy niejakiego Martina Erlebacha, od którego nazwiska schronisko wzięło nazwę. Tutaj widziane z perspektywy zielonego szlaku w drodze od innego z czeskich schronisk – Łabskiej Boudy.
Dla odmiany, polskie schronisko Pod Łabskim Szczytem (1168 m n.p.m). Znajduje się na hali pod Łabskim Szczytem, na krawędzi Łabskiego Kotła. Dla mnie interesujące z uwagi na to, że mimo nieodległej Szklarskiej Poręby i zazwyczaj zatłoczonej Szrenicy, ta miejscówka jest raczej mało odwiedzana. Oczywiście w porównaniu z pobliskimi schroniskami na Szrenicy, czy też na Hali Szrenickiej. Być może dlatego, że wśród „schroniskowych luksusów” nie znajdziemy… stałego dostępu do energii elektrycznej. Tak więc na noclegi w tym miejscu, musimy wyposażyć się we własne latarki.
Czerwony szlak. Ale nie jest to oznaczony tym samym kolorem Główny Szlak Sudecki, który na swoim karkonoskim odcinku wygląda niczym autostrada, w dodatku oblegana przez niedzielnych spacerowiczów. Oznakowana tą barwą ścieżka, przebiega tuż nad Szklarską Porębą, jednak nie wzbudza większego zainteresowania turystów, no chyba, że są to wytrwałe łaziki górskie i ludzie ciekawi odosobnionych miejscówek. Ścieżka rozpoczyna swój bieg kilkaset metrów poniżej Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem i biegnie do skrzyżowania szlaków, nieopodal schroniska Pod Łabskim Szczytem (oczywiście, zależy to od której strony idziemy). Miejscami trzeba uważać, bo robi się z niej prawdziwy „wykręcacz stóp” – trasa jest kamienista i łatwo jest się tam poślizgnąć. Dystans – około 3300 metrów.
Hej! Jest tu kto? Cisza… No i te chmury, które można pomylić z mgłą… Niesamowita atmosfera na górski spacer! Niebieski szlak na odcinku od Czarnej Przełęczy do Rozdroża pod Śmielcem. Idąc tędy można dojść do Jagniątkowa, będącego obecnie dzielnicą Jeleniej Góry, a następnie odwiedzić Zamek Chojnik. Od Czarnej przełęczy do Zamku, mamy do przejścia około 9 km.
Tutaj, wiosną rządzą cietrzewie, które w tym czasie mają okres godowy. Żeby nie przeszkadzać ptakom w amorach, zamykane są szlaki zielony, wiodący pod ścianami Śnieżnych Kotłów i żółty, na odcinku ponad schroniskiem Pod Łabskim Szczytem, a Śnieżnymi Kotłami.
Jeżeli chodzi o liczbę karkonoskich schronisk po obu stronach granicy, to można przyjąć remis. Według listy, Polacy mają ich 16, jednak umieszczono na niej schroniska Wielki Kamień i Na Śnieżce. Wielki Kamień jest oczywiście w Izerach, a Na Śnieżce, nie sposób nazywać „schroniskiem”. Szczególnie teraz, gdy popadło w kompletą ruinę. Co do Czechów, to na razie odpada Petrovka, ale o niej, poniżej.
Duchy Karkonoszy. I to niemalże dosłownie! Na dzisiaj (czerwiec 2018) czeskie schronisko Petrova Bouda nie istnieje. A właściwie, to odradza się, nieopodal polskiego schroniska… Odrodzenie. W 2011 roku, najprawdopodobniej ktoś przyłożył ręki do jego zagłady, gdyż w tym okresie, dwukrotnie pojawiał się tam ogień. Za drugim razem spłonęło wszystko i przez pięć lat, straszyły tutaj górskie upiory. Nawet na mapie w moim Garminie, oznaczono tą miejscówkę nader wymowną ikonką „ducha”. W 2016 roku rozpoczęto jego odbudowę, która powinna zakończyć się w 2019. Inaczej, schronisko nazywane jest Petrovką, a swoją nazwę zawdzięcza założycielowi – Johannowi Pittermannowi.
Tutaj, to Czechów zdecydowanie poniosło! Schronisko, a raczej hotel Labská Bouda. Taki hotel, dla mas pracujących epoki demoludów. Betonowy i po prostu… gigantyczny! Na tle przepięknej Doliny Łaby, wygląda niczym przysłowiowy wrzód na tyłku. Na przełomie XIX i XX wieku, stanął w tym miejscu budynek, odpowiadający formą typowej architekturze górskich schronisk w tym rejonie i przetrwał on do 1965 roku, gdy spłonął w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach. Na jego miejscu wybudowano to monstrum. Chociaż muszę przyznać, że od tej strony, budynek wygląda intrygująco. Robi się gorzej, gdy do niego podejdziemy.
Labská Bouda na tle Łabskiej Doliny. Z daleka, budynek nie wygląda najgorzej, a nawet na swój sposób komponuje się z otoczeniem. Ale z bliska… Tutaj, widok z zielonego szlaku na trasie w kierunku Martinovej Boudy, znajdującej się na czeskich zboczach Wielkiego Szyszaka.
Największe zaskoczenie mojej aktualnej wędrówki po Karkonoszach i na razie, mój absolutny numer jeden, pod względem urody tamtejszych okolic. Dolina Białej Łaby (Czechy), czyli takie „Tatry Zachodnie” w Karkonoszach. Czy ktoś mówił, że w Karkonoszach nie ma ostrych grani? Tak, to moja opinia, która okazała się być chybiona. Miejscówka jest tak wyjątkowa, że zamierzam jej poświęcić odrębny wpis. A więc do zobaczenia w Dolinie Białej Łaby!