Heros von Borcke

Heros był rosłym i przystojnym mężczyzną, lecz pieniędzy mu nie zbywało, chociaż urodził się w szlacheckiej rodzinie. Okoliczność ta była kłopotliwa, gdyż wybranką jego serca została piękna Magdalena, pochodząca z dobrze sytuowanego rodu Honig z Gralow (obecnie Gralewo). Wzniosłe uczucia to w życiu nie wszystko, dlatego Heros nie mógł w tym momencie liczyć na przychylność ze strony rodziców Magdaleny. Młodzieniec zdawał sobie sprawę z tego, że w tym przypadku bardzo przydałaby mu się sława, albo pieniądze, a najlepiej jedno i drugie. Jako że był człowiekiem czynu, posiadał nieprzeciętną odwagę, sowicie okraszoną charakterystyczną dla jego wieku i wychowania fantazją, postanowił działać w sposób, który uważał za słuszny i rokujący powodzenie w dążeniu do zdobycia sławy, pieniędzy, a przede wszystkim – ręki Magdaleny. Wyruszył na wojnę.

Skąd ten wstęp w postaci zaczątku opowieści o człowieku mającym tak oryginalne imię? A stąd, że Heros był moim sąsiadem. Wprawdzie czasowo dzieli nas około 150 lat, jednak mieszkał on w miejscowości odległej od mojego Myśliborza o niecałe 10 kilometrów w linii prostej. Heros, a faktycznie – Johann August Heinrich Heros von Borcke, przyszedł na świat 3 lipca 1835 roku w starej szlacheckiej, pruskiej familii z Zachodniego Pomorza. Idąc śladem tradycji rodzinnej, Heros od szczenięcych lat wiązał swoją przyszłość z wojskiem, co idealnie przystawało do jego dumnego charakteru, rycerskich manier i słusznej postury. Rodzice tego młodziana nabyli majątek w nieodległej od Myśliborza (wtedy był to Soldin) miejscowości Giesenbruegge (dzisiejszy Giżyn) i właśnie tam chłopak spędził swoje dzieciństwo oraz pierwsze lata młodości do czasu, gdy uczucie wobec Magdaleny pognało go za Atlantyk.

Jak na ironię, w zwykle gorzejącej konfliktami zbrojnymi Europie, panował względny spokój i tutaj bohater niniejszego wpisu miałby problem ze zdobyciem sławy w znany sobie sposób. Jednak w szerokim świecie nie próżnowano i właśnie uruchomiono maszynkę do przemiału ludzkiego mięsa, jakiej dotychczas na ziemskim padole nie widziano. Nazywana później „wojną tradycji z nowoczesnością” batalia rozdzierająca młode podówczas Stany Zjednoczone, stanowiła zwiastun hekatomby, która kilkadziesiąt lat później miała rozpętać się w Europie. Przedsmak zabijania na skalę przemysłową, możliwego dzięki zastosowaniu nowoczesnych technologii w produkcji broni i rozwojowi środków transportu.

Po długiej podróży przez Atlantyk i szczęśliwym ominięciu blokady morskiej, którą stany Północy wprowadziły wobec transportów płynących na Południe z Europy, Heros dotarł do Charleston w Południowej Karolinie. Wprawdzie angielski był u niego bardziej niż słaby, to zajęcia nie musiał długo szukać. Pomogło mu w tym znakomite wykształcenie wojskowe zdobyte w pruskiej uczelni oraz naturalne predyspozycje do wojaczki. Dostał się pod dowództwo szefa konfederackiej kawalerii – generała Jeba Stuarta. To był okres pasma bitewnych sukcesów, które Konfederaci odnosili pod wodzą Roberta E. Lee.

Młody von Borcke szybko zdobył sympatię wśród towarzyszy broni, jak i u samego generała Stuarta. Serdeczny, pełen młodzieńczego wigoru i poświęcenia, dobrze wyszkolony i karny, a przede wszystkim nad wyraz odważny, Heros stał się ulubieńcem swojego dowódcy, pod którego wodzą stoczył szereg zwycięskich bitew i potyczek. Szczęście opuściło go 19 czerwca 1863 roku podczas bitwy pod Middleburgiem. Ranę uznano za śmiertelną, gdyż ołowiana kula rozerwała tchawicę wchodząc przez szyję, po czym utknęła w prawym płucu. Nie udało się jej stamtąd wyciągnąć, jednak von Borcke przeżył. Rekonwalescencja trwała długo i nie była pomyślna, a w tym czasie dogorywała krótka historia samodzielności południowych stanów pod konfederacką flagą. W maju 1864 roku, generał Jeb Stuart został ciężko ranny w bitwie pod Yellow Tawern. Młody przybysz z Europy nie pozostawił go w ostatnich chwilach życia. Wkrótce po śmierci generała, von Borcke nie odzyskawszy zdrowia opuścił Stany i wrócił do Europy.

Odniesiona pod Middleburgiem rana nie pozwoliła Herosowi na powrót do pełni sił, a więc jego karierę wojskową uznano za zakończoną. Wprawdzie na krótko wziął udział w zwycięskiej dla Prus wojnie z Austrią w 1866 roku, lecz pełnił jedynie funkcje sztabowe na tyłach, co po burzliwej przygodzie w Ameryce, kompletnie go nie satysfakcjonowało. Postanowił wrócić do domu i wznowić starania o rękę Magdaleny Honig. Na ślubnym kobiercu, Magdalena i Heros stanęli 16 września 1867 roku. On miał wówczas 32 lata, a ona 22. Zamieszkali w majątku Żychce koło Chojnic, a po śmierci rodziców Herosa wrócili do Giżyna. Doczekali się trzech synów i wiedli spokojne życie właścicieli ziemskich.

W moim odczuciu, jest to bardzo ładna historia, lecz nie do końca szczęśliwa. Magdalena zmarła nagle mając niecałe 38 lat. Chcąc ukoić ból po stracie, von Borcke zajął się wychowaniem synów i pracą w majtku, lecz nie przynosiło to ulgi. Na szczęście w niecały rok po śmierci Magdaleny otrzymał list ze Stanów. Dawni towarzysze broni nie zapomnieli o nim, zapraszając go do siebie. Na miejscu został przywitany jak bohater. Heros von Borcke zmarł z powodu zakażenia krwi 10 maja 1895 roku. Po 30 latach zabiła go ołowiana kula, która utkwiła w płucu podczas bitwy pod Middleburgiem. Do końca życia gospodarza, nad majątkiem w Giżynie powiewała flaga Konfederacji, co dla odwiedzających tą miejscowość musiało stanowić nader zaskakujący widok.

Od czasów wojny secesyjnej, wody w rzece Tennessee upłynęło bez liku, lecz pamięć o uczestnikach tego konfliktu nie wygasła wśród mieszkańców Południa. Charakterystyczna flaga Konfederacji jest nadal widywana w tamtym rejonie, a wśród lokalnych społeczności działa wiele organizacji pielęgnujących tradycje wojskowe z tamtych czasów. Do najbardziej prężnych należą Sons of Confederate Veterans z niewielkiego miasteczka Columbia w stanie Tennessee. To ich staraniem przypomniano sobie historię Herosa von Borcke w Polsce, co przełożyło się na wzbudzenie zainteresowania Giżynem tzw. grup rekonstrukcji historycznej. Członkowie takich grup są ludźmi z pasją, starającymi się odtworzyć realia danego okresu historycznego w sposób rzetelny i jak najbardziej zbliżony do rzeczywistego stanu rzeczy. Najczęściej w zakresie wojskowości, lecz również w sferze życia codziennego zwykłych cywili. Już od kilku lat przyjeżdżają oni coraz liczniej do Giżyna, gdzie w ostatni weekend lipca oddawany jest hołd uczestnikom wojny secesyjnej przy grobowcu rodziny von Borcke i organizowane są widowiskowe rekonstrukcje potyczek i bitew z tamtej epoki. Nad Giżynem powiewa wówczas flaga Konfederacji, co stanowi nawiązanie do zwyczaju wywieszania jej tam przez Herosa von Borcke.

No dobrze, ale gdzie znajduje się ten Giżyn? Oczywiście, jest to jedna z miejscowości „krańca wszechświata”, którym wydają się być moje okolice. To tutaj po zmierzchu zwijają i tak dziurawy asfalt, a nocą w kranach nie ma wody. Ale i tak jest na swój sposób uroczo. Żeby było łatwiej, w załączeniu mapka 🙂