Siekierki

Drewno brzozowe pali się nawet wtedy, gdy jest mokre. Daje ciepło i nadzieję. Już w czasach przedchrześcijańskich, brzozy były poczytywane przez Słowian za przyjazne ludziom. Żywych chroniły przed upiorami i złymi mocami, zmarłym zapewniały spokój. Powszechnie wierzono, że brzoza współodczuwa z człowiekiem, płacze nad jego losami. Później, drewno to zaczęto wykorzystywać w celu robienia z niego krzyży, stawianych następnie na mogiłach. Szczególnie ludzi, zmarłych śmiercią nagłą. Na przykład w okresie wojny, gdzie wszystko potrafiło dziać się bardzo szybko, a życie bywało nader ulotne. Życzliwa brzoza łatwo poddawała się obróbce i pozwalała w krótkim czasie sklecić z siebie bardziej, lub mniej udany krzyż. Z czasem, brzozowy krzyż stał się symbolem ofiary tych, którzy oddali zdrowie, życie i swoje najlepsze lata za Rzeczpospolitą Polską. Odniesień do tego drzewa, nie mogło zabraknąć w polskiej poezji patriotycznej.

(…) Usiadł żołnierz pod brzozą u drogi,

opatruje obolałe nogi (…).

Hej, ty brzozo, hej, ty brzozo-płaczko,

smutno szumisz nad jego tułaczką,

opłakujesz i armię rozbitą,

i złe losy, i Rzeczpospolitą…

Siedzi żołnierz ze spuszczoną głową,

zasłuchany w tę skargę brzozową,

bez broni, bez orła na czapce,

bezdomny na ziemi-matce.

Władysław Broniewski „Żołnierz polski”

Z wycieczek do Siekierek pamiętałem jedynie czołg. Pewnie dlatego, że jeździliśmy tam z Ojcem wiele, wiele lat temu, a przecież dzieciakowi łatwiej zapamiętać obraz tak imponującej maszyny, niż las krzyży na obcych grobach. Krzyże, to krzyże, dla dziecka całkowita abstrakcja. Natomiast czołg, to co innego. Który z chłopców, widząc na żywo takiego potwora, nie chciałby zostać czołgistą? Miejsce to zapamiętałem też z tego względu, że w mojej szczenięcej głowie, to był ewidentny kraniec świata. A dlaczego? Bo Ojciec mi powiedział, że tutaj zawraca autobus, który wozi ludzi do i z pracy w Szczecinie. Skoro w tej miejscowości znajdował się przystanek końcowy tak ważnej w moim przekonaniu trasy, to bez wątpienia, dalej nie było już nic godnego uwagi. Kraniec świata. Od tamtego czasu w pobliskiej Odrze upłynęło niemało wody, Ojciec odszedł dawno temu, a ja przez lata nie wracałem w tamte okolice. Jednak z wiekiem, mój niegdysiejszy sentyment odżył.

Cmentarz wojenny I Armii Wojska Polskiego w Siekierkach, wcale nie znajduje się w Siekierkach, gdyż faktycznie umiejscowiony jest w obrębie administracyjnym wsi Stare Łysogórki. Osobiście nie mam pojęcia, skąd się wzięła utarta nazwa „cmentarz w Siekierkach”, skoro jest to określenie błędne. Być może, Stare Łysogórki brzmiałyby dla kogoś śmiesznie, co byłoby raczej niestosownym w przypadku cmentarza stanowiącego pomnik polskości w tych okolicach. Ale to tylko takie moje domysły, niekoniecznie słuszne. W każdym razie, nawet na tablicach informacyjnych, uwidoczniona jest nazwa: „cmentarz Siekierki”.

Forsowanie Odry i szturm na Berlin w kwietniu 1945 roku, stanowiły elementy szeroko zakrojonej kampanii, nazywanej „Operacją berlińską”, której celem było zdławienie oporu niedobitków hitlerowskiej armii i zdobycie stolicy III Rzeszy. Według ostrożnych szacunków, po stronie atakujących (Rosjan i Polaków), zginęło wówczas około 80 tysięcy żołnierzy. Broniący się Niemcy, stracili ich ponad 100 tysięcy, jednakże dokładne liczby nie są w tym przypadku znane. Poległych było tak wielu, a walki tak zaciekłe, że ciał nie chowano, a jeżeli już, to gdzie popadnie i najczęściej w zbiorowych mogiłach.

Tuż po zakończeniu działań wojennych, rozpoczęto akcję ekshumacji i zbierania zwłok, które zwożono na wytyczone miejsca, przekształcane następnie w stałe cmentarze. Początkowo nie szło to zbyt szybko, gdyż ogólnie panował kompletny chaos organizacyjny, bowiem prawdziwi zwycięzcy mieli dużo ciekawsze zajęcia. Psucie Niemek, bez względu na ich wiek, upijanie się sznapsem prosto z wiadra, czy kradzież rowerów wyprodukowanych przez NSU. Tak, jakby mogły się one przydać gdzieś tam, daleko w błocie za Uralem. Cały ten bałagan przedstawił obrazowo Nikołaj Nikulin w książce „Sołdat”. Niemożliwej do wydania w Związku Radzieckim, a i we współczesnej Rosji niezbyt popularnej. Z uwagi na wiadomą tematykę.

Ekshumacje przeciągnęły się do 1948 roku, przy czym ciała stopniowo chowano w uporządkowany sposób na placu, wytyczonym w planie kwadratu, tuż za północnymi obrzeżami wsi Stare Łysogórki. Najpierw mogiły oznaczono drewnianymi krzyżami, po czym zmieniono je na kamienne, stylizowane na Order Krzyża Grunwaldu, czyli jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych Polski Ludowej. Było to rozwiązanie kompromisowe, z uwagi na ówczesną ideologię, która niezbyt przychylnie spoglądała na symbolikę religijną. Same krzyże, mogły nazbyt kojarzyć się z chrześcijaństwem, czy też nawet z Kościołem katolickim.

W 1961 roku, na cmentarzu stanęła kolejna budowla o wydźwięku ideologicznym. Na szczęście, niezbyt nachalnym. Jest to pomnik autorstwa szczecińskiego rzeźbiarza – Sławomira Lewińskiego. Przedstawia on stojącą obok wysokiego na 18 metrów obelisku postać kobiety, całującej trzymane na rękach niemowlę. Na obelisku umieszczono dwa miecze, jednoznacznie kojarzące się z bitwą pod Grunwaldem, a w tle duże, betonowe żagle. Pomnik symbolizuje powrót ziem nadodrzańskich do Polski i tak samo jak odległa o kilkanaście kilometrów Góra Czcibora, stanowi próbę legitymizowania przynależności tych ziem do naszego kraju. W dalszym ciągu jest to temat rzeka, gdyż nie ma żadnych mocnych dowodów na to, aby nasi przodkowie faktycznie tutaj zamieszkiwali. Chociażby za czasów niemalże legendarnego Mieszka I – go, bo przecież z tamtego okresu pochodzą utrwalone na piśmie wzmianki o obecności tutaj plemion słowiańskich. A przecież Słowianie, to nie tylko Polanie, od których mielibyśmy się wywodzić. Taka dygresja, skoro już wspominam o ideologii.

Latem 2011 roku, niski stan Odry odsłonił leżące na przybrzeżnych wałach dziesiątki krzyży. Całych i potrzaskanych, niektóre z tabliczkami. Zrobiło się trochę szumu, chociaż nie było to żadne „odkrycie”, gdyż miejscowi doskonale wiedzieli, skąd się one wzięły. Leżały nie tylko na wałach, które odsłoniła woda, lecz walały się również w innych miejscach tej okolicy. Od momentu powstania, opisywany cmentarz przeszedł gruntowny remont, a „odnalezione” krzyże, pochodziły właśnie stamtąd. Nadgryzione zębem czasu usunięto i wymieniono na nowe. Przecież w dacie tego remontu, od wojny minęło już dobrych kilkadziesiąt lat. Stare, spożytkowano zgodnie z ówczesnymi standardami użyteczności. W socjalizmie nic nie mogło się zmarnować. Umocniono nimi brzeg rzeki.

Porozrzucane, stare krzyże zebrano w jednym miejscu, tworząc z nich lapidarium. Z roku na rok wygląda ono coraz bardziej imponująco. Za każdym razem, gdy odwiedzam to miejsce, coś się w nim pozytywnie zmienia. Na początku (2016 rok), utworzono „krzyż z krzyży”, ustawiając te zebrane w jeden wielki, uformowany na zboczu pobliskiego pagórka. W 2018 roku, lapidarium rozbudowano o swoistą mapę co większych bitew, w których podczas II wojny światowej brali udział polscy żołnierze. Dostawiono również drewniane ławki i zadaszenie, które ufundowała Pani Halina Wołosz z Osinowa Dolnego. Refleksyjna uroda cmentarza i lapidarium, jest bardzo zadbana. Bywam tam często, i niezależnie od pory roku, jest tam czysto. Widać dbałość tutejszych o pamięć poległych i symbolikę miejsca.

Do Siekierek, najlepiej wybrać się od strony Cedyni malowniczą, nadodrzańską drogą. Jadąc od drugiej strony, przez Mieszkowice, wytelepiemy się konkretnie na niezbyt dobrze utrzymanym odcinku do Gozdowic. Obecnie, jedynym sensownym środkiem transportu jest samochód, gdyż komunikacja autobusowa jest tutaj szczątkowa, a podczas letnich wakacji w ogóle nie istnieje. Dla wytrwałych rowerzystów, otwarto właśnie nowiutką i piękną terenowo ścieżkę rowerową, którą można dojechać do Siekierek, aż z Trzcińska Zdrój. Jest to kawał drogi, dlatego wspominam o „wytrwałych rowerzystach”. Cmentarz znajduje się na terenie Cedyńskiego Parku Krajobrazowego, pomiędzy Siekierkami, a Starymi Łysogórkami. Przejeżdżając przez te wsie (w zależności, z której strony jedziemy), warto zwolnić, bo miejsce wyłania się nagle, zza zakrętu. Można je niechcący minąć.

Suplement

Przez jakiś czas po przemianach ustrojowych w Polsce, opisywany cmentarz znalazł się jakby na uboczu. Mam w tym przypadku na myśli sytuacje oficjalne, związane z obchodzeniem rocznic historycznych wydarzeń. Jakoś nieszczególnie ciągnęły tutaj znane osobistości życia politycznego. Pojawiły się nawet takie wypowiedzi: „…że to nie wypada, że to oni przecież z Ruskimi szli! Bo to takie radzieckie wojsko polskie było…”. Ostatnio coś się zmieniło. Najpierw miejsce odwiedził Jarosław Kaczyński, a po nim zjawił się prezydent Andrzej Duda. Właśnie po wizycie prezydenta przyjechałem tutaj po raz kolejny. Dzień był piękny, taki słoneczny i wiosenny. Po kwiatach założonych na cmentarzu przez prezydenta i jego świtę, nie było już śladu. Wszystkie zwiędły i trzeba było je wyrzucić. U stóp kamiennej kobiety, całującej trzymane na rękach niemowlę, elementu pomnika, uchował się jeden kolorowy wieniec kwiatów. Raczej tandetny, bo z plastiku. Zostawili go… Rosjanie. Pomyślałem sobie, że nasze relacje z nimi też są takie, jak ten wieniec. Plastikowo tandetne, lecz jakże trwałe! Kiedy inne zwiędną, to one pozostają. Mieszkamy obok siebie, jesteśmy sąsiadami, politycznie się nie lubimy, ale czasem giniemy walcząc ramię w ramię.