Rowerem po Berlinie

– Jak się jeździ rowerem po ulicach Berlina?

– Dynamicznie!

Wydawać by się mogło, że starty spod świateł, sprinty od skrzyżowania, do skrzyżowania i lawirowanie na styku pomiędzy innymi pojazdami, stanowią domenę bohaterów filmu Szybcy i wściekli, lecz nawet jedno weekendowe popołudnie, spędzone w stolicy Niemiec z perspektywy rowerowego siodełka, może diametralnie zmienić to przekonanie. Wprawdzie wszystko dzieje się przy prędkościach nie przekraczających 30 kilometrów na godzinę, jednak natłok obrazów i dźwięków powoduje, że możemy poczuć się, niczym uczestnicy zręcznościowej gry komputerowej. Mocno uzależniającej.

Z dworcem kolejowym w Kostrzynie nad Odrą wiąże się pewna ciekawostka. Otóż jest on dwupoziomowy i nie chodzi tutaj o to, że budynek ma dwa piętra, lecz o krzyżowanie się ze sobą peronów. Niczym na wielopoziomowej autostradzie, są one położone jeden, nad drugim. W Polsce znajdują się jedynie dwa obiekty kolejowe o takiej konstrukcji. Ten w Kostrzynie nad Odrą oraz drugi, w Kępnie.

Nie tak dawno przeczytałem w necie, iż Berlin pretenduje do miana europejskiej stolicy rowerów, a że sam uwielbiam jeździć na kole, postanowiłem sprawdzić to osobiście. Trochę onieśmielał mnie fakt, że chociaż mieszkam od tego miasta w odległości nie większej, niż 150 kilometrów w linii prostej, to w ogóle go nie znam. Przemogłem się tej wiosny i załadowałem rower do samochodu, udając się z Myśliborza do Kostrzyna nad Odrą, skąd niemalże co godzinę i przez cały tydzień, odjeżdżają szynobusy do stacji Berlin – Lichtenberg.

Trasa z dworca kolejowego Berlin – Lichtenberg w kierunku centrum. W tym miejscu, rowery przemieszczają się odrębną od szosy ścieżką. W głąb miasta, bywa już z tym różnie.

W Kostrzynie, problematyczne okazało się znalezienie miejsca do zaparkowania samochodu na cały dzień. Przy samym dworcu PKP jest parking, jednak złośliwie ograniczono tutaj możliwość postoju do 1 godziny. Podobno, Straż Miejska ma używanie w tym miejscu. Poważny minus dla władz miasta, które chlubią się goszczeniem niegdysiejszego Przystanku Woodstock. Niewielki parking na kilka aut znalazłem kilkaset metrów od dworca w ciągu ulicy Dworcowej, tuż przy skrzyżowaniu z Niepodległości. Nie wiem, jak bywa tutaj w dni powszednie, lecz w sobotnie przedpołudnie, ledwo upchnąłem w tym miejscu auto.

Słupy sygnalizacji na skrzyżowaniach wyposażono w dodatkowy zestaw świateł na poziomie wzroku rowerzysty. Rozwiązanie niby banalne, lecz faktycznie, bardzo korzystnie wpływa na płynność ruchu.

Trasę obsługują koleje niemieckie, jednak bilet pasażerski możemy kupić w okienku na dworcu w Kostrzynie. Ku mojemu zaskoczeniu, nie można tutaj nabyć biletu na przewóz roweru. Ten, dostępny jest u konduktora w pociągu, co okazało się nie sprawiać najmniejszego problemu. Po prostu należy go zagadnąć, gdy przychodzi sprawdzić bilet. Dla siebie kupiłem w okienku tzw. bilet jednodniowy, ważny do godziny 3 nad ranem dnia następnego. Można z tym biletem pokonywać trasę w tym czasie dowolną ilość razy w tę i z powrotem oraz wysiadać i wsiadać na wybranej stacji pomiędzy Berlinem i Kostrzynem. Koszt, to 102,90 zł. Opłata za rower stanowi kwotę 3,30 euro.

No dobrze, kiepski kadr 😉 To nie miał być asfalt, tylko sposób w jaki rozplanowano na jezdni korytarze, którymi mają się przemieszczać poszczególni uczestnicy ruchu ulicznego. Szeroki na wprost, to przejście dla pieszych, dalej – rowery z charakterystycznym lewoskrętem (skręcający przepuszcza jadącego na wprost) oraz jezdnia dla aut. Na przykładzie Szczecina odnoszę wrażenie, że nasze rozwiązania są podobne.

Podróż do dzielnicy Lichtenberg trwa 1 godzinę i 20 minut. Miejscówka ta nie sprawia wrażenia szczególnie ciekawej. Przede wszystkim z uwagi na obecność sporej liczby bezdomnych. W dużej mierze, pijaczków z Polski. Taki „miły” akcent na początek. W tej sytuacji jakoś nie dziwię się utrwalaniu stereotypu, że Polacy są śmierdzącymi pijakami, a w dodatku naciągaczami i bezczelnymi złodziejami.

Nawet odcinki rozrysowane tymczasowo na okres remontu, uwzględniają rowerzystów. Bardzo mi się to podoba 🙂

Lichtenberg jest zaściankiem stolicy Niemiec, więc na początek musimy określić kierunek, jaki należy obrać, aby dostać się do centrum tego miasta. Po wyjściu przed budynek dworca, naszą uwagę powinien zwrócić szum przejeżdżających w pobliżu aut. To Frankfurter Alee, jedna z głównych arterii komunikacyjnych Berlina, którą można dojechać do jego serca. Dystans do pokonania, to około 7 kilometrów.

A tutaj, to już uliczny żywioł ruchu miejskiego. Brak jakiegokolwiek oznakowania trasy dla rowerów, więc mile widziana jest podstawowa znajomość reguł poruszania się w ciągu aut. Jedna z najbardziej znanych ulic miasta – Unter den Linden (Aleja pod Lipami) w kierunku Bramy Brandenburskiej.

Po wydostaniu się na Frankfurter Alee nie sposób się zgubić, gdyż już z tego miejsca widoczna jest charakterystyczna wieża telewizyjna w centrum (Berliner Fernsehturm). W obranym przez nas kierunku biegnie oddzielona od jezdni trasa dla rowerów, co nie zapowiada czekającej nas za parę kilometrów przygody. Jednak docierając do sporego ronda na Strausberger Platz, stajemy się pełnoprawnymi uczestnikami ruchu miejskiego i zaczyna się zabawa. Wbrew pewnym wyobrażeniom nie jest bowiem tak, że po Berlinie jeździmy na rowerach, wyłącznie niezależnymi od ruchu samochodowego, wyodrębnionymi ścieżkami. Owszem, sporo jest takich, lecz w wielu miejscach zlewają się one z ulicą i od aut odgradza nas jedynie pas farby na asfalcie, a nawet i tego czasem nie ma. Płyniemy z falą samochodów.

Nie wszystkie trasy są dostępne dla rowerów. Część promenad na Szprewą można pokonać jedynie na piechotę. Na odcinkach tych umieszczono wyraźne oznakowanie zabraniające jazdy na rowerach. Po prawej nad rzeką, budynek Katedry w Berlinie (Berliner Dom) od zaplecza.

Od tego momentu, jesteśmy elementem rytuału, jakim jest podróż rowerem przez Berlin. Przyznam, że zjawisko to stanowiło dla mnie ciekawostkę i aby mu się przyjrzeć, od czasu do czasu przystawałem z boku, starając się zgłębić ten ceremoniał. Rowerzyści dominują, odsuwając na drugi plan samochody, a nawet pieszych. Jako uczestnicy ruchu, momentami ocierają się o bezczelność, lecz zasadniczo, przestrzegają narzucone reguły, przez co nie wywołują chaosu. Dla mnie, najfajniejszym elementem tej całej zabawy stały się wspomniane powyżej starty grupowe spod świateł i sprinty pomiędzy skrzyżowaniami. Znacząco ułatwiają to dodatkowe światła sygnalizacji świetlnej, umieszczone na linii wzroku jadącego rowerem. Dynamika takiej jazdy powoduje, że hamulce naszego rumaka grzeją się, niczym tarcze w bolidzie formuły 1. Frajda z tego jest niepowtarzalna.

Hackescher Markt w pobliżu Rosenthaler Strasse. Plac wciśnięty pomiędzy zabudowę miejską, a linię kolejową na którym znajdziemy wiele knajpek, klubów muzycznych oraz zwykłych ulicznych straganów, gdzie handluje się wszystkim. Kolorowo i hałaśliwie, lecz w przyjemny sposób. Do tego, niesamowita feeria zapachów najróżniejszych potraw i muzyka ulicznych grajków. Naprawdę, warto odwiedzić. Szczególnie w ciepłe i słoneczne dni.

Haus Schwarzenberg

Rosenthaler Str. 39

10178 Berlin

Planując moją pierwszą przejażdżkę po Berlinie, szukałem w necie miejscówek, których nie dałoby się od razu określić, jako „oczywiste” z punktu widzenia turysty. Takich, jak na przykład Brama Brandenburska, Tiergarten, czy Reichstag. Na te przyjdzie czas. Wśród znalezisk z głębi Internetu, od razu na pierwszy plan wysunęła się lokalizacja o nazwie Haus Schwarzenberg, znajdująca się w centrum miasta, przy Rosenthaler Strasse 39.

Wejście na podwórko Haus Scharzenberg, wcale nie jest łatwe do odnalezienia. Idąc Rosenthaler Strasse od Hackescher Markt, należy wypatrywać przybytku o nazwie Cafe Cinema. Po prawej stronie od witryny znajduje się wąska brama, która doprowadzi nas do celu.

W pierwszej połowie lat 90 – tych XX wieku, kompleks starych kamienic przy Rosenthaler Strasse nie stanowił przedmiotu pożądania ewentualnych nabywców nieruchomości. Po części dlatego, że budynki znajdowały się w dawnej, wschodniej dzielnicy centrum Berlina, a w dodatku, ich stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Najważniejszym atutem miejsca było więc to, że wynajem, czy też kupno, były relatywnie atrakcyjne cenowo. Nie od dzisiaj wiadomo, że artystyczne dusze, zazwyczaj nie sypiają na pieniądzach za życia, dlatego opisywane miejsce zaczęło je przyciągać. Już w 1995 roku, do kamienicy numer 39, wprowadziła się cała grupa artystów o nader malowniczej nazwie – Dead Chickens (Martwe Kurczaki).

Od tego momentu, przez wiele lat Haus Schwarzenberg stanowił przestrzeń dla realizacji nieskrępowanych projektów artystycznych oraz tanie miejsce do zamieszkania, co wiązało się z nieustającymi imprezami, suto zaprawionymi najróżniejszego rodzaju używkami. Z czasem, otoczenie wydoroślało i zostało organizacyjnie uporządkowane. Zarząd objęła organizacja non profit o nazwie Stowarzyszenie Schwarzenberg. W obrębie zajmowanych przez to Stowarzyszenie kamienic, powstały galerie, sklepy, muzea oraz charakterystyczna kawiarnia – Cafe Cinema. Szczęśliwie, z początków istnienia tej lokalizacji, pozostało sporo powierzchni, na których w dalszym ciągu mogą realizować swoje wizje przedstawiciele street artu z całego świata.

Portret Otto Weidta, autorstwa Christiana Lake. Tuż obok wejścia znajdującego się w obrębie Haus Schawrzenberg muzeum, zorganizowanego w byłym zakładzie Weidta. Link do strony muzeum: (tutaj)

Otto Weidt, był właścicielem niewielkiego zakładu, w którym przy Rosenthaler Straße produkowano tzw. artykuły o znaczeniu strategicznym dla wojska. Wyrobami tymi były… szczotki i miotły. Fabryczka Weidta zatrudniała osoby niepełnosprawne. Najczęściej głuchonieme, lub niewidome. Jednak mało kto wiedział, że jej właściciel był zagorzałym anarchistą, co w latach rządów Adolfa Hitlera, było eufemistycznie określając – niezbyt rozsądne. Weidt nienawidził nazistów i nie akceptował terroru, który zapanował w tym czasie w jego ojczyźnie. Oczywiście, nie obnosił się ze swoimi przekonaniami. Znalazł lepszy sposób na to, aby sprzeciwić się hitlerowcom. Produkty strategiczne z jego zakładu, wychodziły spod rąk osób narodowości żydowskiej, zatrudnionych tam na podstawie sfałszowanych dokumentów, zorganizowanych przez Weidta i jego przyjaciół. Sfingowane kwity oraz sute łapówki wręczane oficerom Gestapo, pozwoliły wielu niepełnosprawnym Żydom przeżyć okres wojny. W 1971 roku, Otto Weidt został pośmiertnie uhonorowany tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Tak na marginesie wypada dodać, że Weidt był tak samo niewidomy, jak jego pracownicy.

Interpretacja najbardziej znanej fotografii Anne, wykonana przez Jamesa Cochrana na ścianie muzeum poświęconego tej dziewczynie. Ekspozycja street artu na ścianach Haus Schawrzenberg ma charakter okresowy. Po jakimś czasie, wcześniejsze malowidła są pokrywane kolejnymi. Dzieło Cochrana pozostaje nietknięte od początku i wątpię w to, aby zostało ono kiedykolwiek naruszone. Chyba, że sam autor będzie chciał coś poprawić. Link do strony muzeum Anne: (tutaj)

Nadal wierzę, że ludzie są z natury dobrzy.

Anne Frank (Annelies Marie Frank) urodziła się 12 czerwca 1929 roku we Frankfurcie nad Menem, w żydowskiej rodzinie od wielu pokoleń mieszkającej w Niemczech. Po dojściu Hitlera do władzy, rodzice Anne przewidując, co może ich czekać w kraju rządzonym przez nazistów, postanowili wyemigrować do Holandii. Okazało się to być rozwiązaniem na krótką metę, gdyż po rozpoczęciu wojny, hitlerowcy zajęli to państwo, wkraczając do Amsterdamu, gdzie mieszkała Anne i jej rodzina. Cały świat poznał przejmującą historię żydowskiej dziewczyny, dzięki opublikowaniu po wojnie jej pamiętnika, który prowadziła żyjąc w ukryciu przed hitlerowcami, urządzającymi na całym zajętym przez siebie obszarze Europy akcję wywożenia Żydów do obozów koncentracyjnych, gdzie najczęściej, czekała ich śmierć. Zapiski miały formę listów do nieistniejącej przyjaciółki Kitty. Pomimo ciężkich warunków w których żyła Anne, ich przekaz jest optymistyczny, pełen nadziei na zmianę sytuacji. To właśnie z tego dziennika, pochodzi przytoczony powyżej cytat: Nadal wierzę, że ludzie są z natury dobrzy. W sierpniu 1944 roku, cała rodzina Franków została wydana w ręce Gestapo przez holenderskiego donosiciela i wywieziona do obozu koncentracyjnego. Anne zmarła na tyfus w lutym 1945 roku, na krótko przed wyzwoleniem obozu przez Aliantów.

 

 

Nie zauważyłem, aby ktokolwiek z obecnych przejmował się humorami tych potworów. Mimo „zakazu”, sesje zdjęciowe trwały w najlepsze 😀

 

Kamienice przy Rosenthaler Strasse są ze sobą połączone, tworząc mozaikę głębokich podwórek. Nie wszystkie z nich przypominają swoim wyglądem wywrotową stylistykę Haus Schawarzenberg. Jest tu również miejsce dla luksusowych butików i eleganckich kawiarni.

Kostka brukowa u wejścia na jedno z podwórek, upamiętniająca dawnych mieszkańców kamienicy.

 

Denkzeichen Georg Elser

Wilhelmstrasse 90

10117 Berlin

Rzeźba przedstawiająca profil Georga Elsera. Nocą, wewnętrznie podświetlona.

Pewnego jesiennego dnia 1938 roku, Georg Elser postanowił… zabić Adolfa Hitlera. Swój plan zrealizował rok później, gdy podłożona przez niego bomba domowej roboty wybuchła w tzw. Piwnicy Mieszczańskiej w Monachium, gdzie przywódca nazistów wygłaszał swoje doroczne przemówienia ku pamięci poległych towarzyszy. Niestety, wbrew przewidywaniom Elsera, tym razem przemówienie było krótsze, niż zazwyczaj, po czym Hitler opuścił lokal. Bomba miała zapalnik czasowy i eksplodowała 20 minut po wyjściu głównego celu tego ataku. Zginęło 8 hitlerowców, a kilkudziesięciu zostało rannych. Elsera ujęto przypadkowo, podczas próby przekroczenia granicy ze Szwajcarią, po czym osadzono w obozie w Dachau. Pamiętliwy Hitler, rozkazał go zabić dopiero 9 kwietnia 1945 roku, na kilkanaście dni przed własną śmiercią. Po latach pojawiły się głosy, że Elser nie mógł w pojedynkę wykonać planu zamachu na Hitlera, niemniej jednak, jest on do dziś ikoną samotnej walki z potwornościami nazizmu.

 

Tempelhof (dawne lotnisko)

Platz der Luftbrücke 5
12101 Berlin

Most powietrzny, pozwalający na dostarczanie żywności mieszkańcom zablokowanego przez wojska radzieckie Berlina (od 26 czerwca 1948 do 30 września 1949), nawet na obecne standardy zatłoczonego do granic możliwości ruchu lotniczego, stanowi przedsięwzięcie trudne do wyobrażenia. W momencie szczytowej aktywności, na pasach berlińskiego lotniska Tempelhof, co 2 minuty siadał transportowy samolot. Przez 24 godziny na dobę, bez przerwy. W ten sposób, do miasta przewożono nawet węgiel. Natężenie lotów sprzyjało wypadkom. W czasie trwania blokady, zginęło wielu pilotów i ludzi z obsługi. Dla oddania im hołdu oraz uczczenia całej operacji, przed masywnym budynkiem głównym lotniska, ustawiono na skwerze łukowaty monument. Widoczne trzy „pazury”, symbolizują 3 korytarze powietrzne, którymi odbywał się wtedy ruch do zachodniej części Berlina i z powrotem. Na owalnej podstawie pomnika, wyryto nazwiska tych, którzy zginęli niosąc wówczas pomoc berlińczykom.

Port lotniczy Tempelhof, zamknięto dla samolotów w 2008 roku. Po części z uwagi na jego niefortunne usytuowanie w obrębie zjednoczonego po obaleniu Muru Berlińskiego miasta. Kto przy zdrowych zmysłach, chciałby bowiem mieć tego rodzaju przybytek, niemalże w jego centrum? Obecnie, obszar lotniska zagospodarowano jako park miejski, licznie odwiedzany w pogodne i ciepłe dni. Na trawiastych obszarach odbywają się pikniki oraz kultywuje się swojską tradycję gromadnego grillowania, a na betonowych pasach startowych, grasują tłumy rowerzystów, rolkarzy i biegaczy.

 

Tommy Weisbecker Haus

Wilhelmstrasse 9

10963 Berlin

Na fali niepokojów społecznych, wstrząsających zachodnimi Niemcami na przełomie lat 60 – tych i 70 – tych XX wieku, powstał szereg skrajnie lewicowych organizacji studenckich, których metody działania, określono mianem „terrorystycznych”. Wśród nich, najbardziej znaną była Frakcja Czerwonej Armii (niem. Rote Armee Fraktion, RAF). Początkowo, ugrupowania te działały w sposób pokojowy, ograniczając się do wydawania anarchistycznej bibuły, plakatowania oraz inicjowania demonstracji ulicznych. Lewacy, kojarzyli się wówczas wprost z reżimem panującym po wschodniej stronie Muru Berlińskiego, dlatego też nie byli akceptowani przez władze RFN. Podczas tłumienia jednej z takich demonstracji, zastrzelony został przez policjanta dwudziestosześcioletni student – Benno Ohnesorg. Śmierć tego studenta wyglądała na spowodowaną celowo, gdyż strzał oddano w jego głowę z małej odległości. Wydarzenie to przyczyniło się do radykalizacji działań lewaków, którzy postanowili wystąpić zbrojnie przeciwko rządzącym. Doszło do szeregu zamachów o charakterze stricte terrorystycznym, w których zginęło wielu prominentnych Niemców z kręgów władzy, jak i zwykłych obywateli.

Thomas Weisbecker, był członkiem Bewegung 2. Juni (Ruch 2 Czerwca), jednego z ówczesnych ugrupowań o charakterze ekstremistycznym. Organizacja wzięła nazwę od daty śmierci wspomnianego powyżej Benno Ohnesorga. Mając na swoim koncie szereg ekscesów, w tym napadów na banki oraz podpaleń urzędów i domów samych urzędników, Weisbecker ukrywał się, gdyż był poszukiwany przez zachodnioniemiecką policję. Zabito go strzałem w serce podczas próby zatrzymania w 1972 roku. W chwili śmierci, miał jedynie 23 lata. Uwidoczniony na zdjęciach, wyzywający mural o czytelnym wydźwięku anarchistycznym, znajduje się na ścianie budynku w którym niegdyś mieszkał Weisbecker. Od wielu lat działa tutaj punkrockowy klub o nazwie Tommy Weisbecker Haus.

 

Kaninchenfeld (niem. Kaninchen – królik, Feld – pole)

Chausseestrasse 93

10115 Berlin

Interesujące nas miejsce, znajduje się stąd na wprost, za wejściem do stacji metra. Należy patrzeć pod nogi! 🙂

W mrocznych latach zimnej wojny, mieszkańcy Berlina nie mogli liczyć na możliwość swobodnego przekraczania linii wyznaczonej niesławnym Murem Berlińskim. Lecz to, co ludziom groziło niemalże pewną śmiercią, w głębokim poważaniu miały… króliki. W ciągu Muru istniał szeroki pas ziemi niczyjej, który zamieszkiwały setki, jeżeli nie tysiące tych zwierzaków. Żyły one tam, wcinały trawę, bobczyły i dziarsko się rozmnażały. A przede wszystkim, bujały się ze wschodu na zachód Berlina, bez paszportów i jakichkolwiek kontroli. Wraz z upadkiem Muru, odeszły króliki, gdyż ziemię niczyją zajęły nowe budynki. Historię tych sympatycznych stworzeń, postanowiła w symboliczny sposób utrwalić berlińska artystka Karla Sachse, której staraniem umieszczono w pobliskich chodnikach 120 płytek z króliczymi profilami. Z czasem, płytek tych ubyło, bowiem miasto zachłannie upomina się o kolejne grunty, lecz w dalszym ciągu kilkadziesiąt z nich można odnaleźć w pobliżu stacji metra Schwartzkopffstrasse.

 

Kilka spostrzeżeń na zakończenie

Na większości berlińskich ulic obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 km/h. Dotyczy ono także rowerzystów.

Do jazdy na rowerze nie są wymagane kaski, ani kamizelki z odblaskami.

Charakterystycznym wymogiem, jeżeli chodzi o wyposażenie roweru, jest posiadanie sprawnego oświetlenia (tył i przód), zasilanego z dynama (nie z bateryjek). Lampki na bateryjki, są dozwolone w rowerach wyścigowych o wadze 11 kg i lżejszych.

Dodatkowo, rowery muszą posiadać odblaski w pedałach i na kołach. Zakładane na szprychy, albo odblaskowe paski po obu stronach opon.

Niedozwolona jest jazda rowerzystów obok siebie na drogach, które nie służą wyłącznie do poruszania się na rowerach.

Niedozwolona jest rozmowa przez telefon podczas jazdy rowerem, jeżeli musimy w tym czasie trzymać aparat w ręku.

Niedozwolona jest jazda „bez trzymanki”.

Na drogach przeznaczonych jednocześnie dla rowerów i pieszych, pierwszeństwo mają piesi.

Podobno, niektóre używki powodują uzależnienie od pierwszego razu. Jestem przekonany, że jazda rowerem po Berlinie, należy do tej grupy. Już nie mogę doczekać się kolejnej wycieczki do tego miasta, więc do zobaczenia tam wkrótce 🙂