Obcy w obcym kraju

Ulica5mod

Poranek dziewiątego dnia miesiąca Mordad roku tysiąc trzysta dziewięćdziesiątego piątego od hidżry przywitał mnie zaskakująco pustymi ulicami Teheranu. Kilka godzin wcześniej na miasto spadł deszcz, a po szybko wysychających w promieniach wschodzącego słońca ulicach przechadzały się perskie koty, z wyglądu uderzająco przypominające nasze polskie dachowce, nie mające nic wspólnego z ich szlachetnymi imiennikami, trzymanymi na Zachodzie w zaciszach domostw. Koty łakomie zerkały na szwendające się tu i ówdzie gołębie, te łypały czujnie na koty, a ja i poznana tej nocy na lotnisku Chomeiniego Anka, zaciągaliśmy się dymem papierosów, przykucnąwszy u progu hotelu znajdującego się na biegnącej z południa na północ ulicy Saadi. Zapach schnącego asfaltu pobliskiej jezdni mieszał się z fetorem stojących na jej krawędzi otwartych śmietników oraz wonią świeżego, irańskiego chleba. Obok nas przemykali w milczeniu ludzie niosący płachty gorącego pieczywa rozmiarów słusznej deski do prasowania. Gdzieś w jednym z okolicznych zaułków musiała znajdować się piekarnia. Kątem oka widziałem pełne zrozumiałego zaciekawienia spojrzenia przechodniów. Niby nie zwracali na nas uwagi, a jednak…

Poranekmod
South Saadi St. o świcie. Mój pierwszy poranek pod irańskim niebem.

Widok niedwuznacznie mrugającej w moim kierunku choinki sugerował wprost, że kilkunastogodzinna podróż do Teheranu nie miała najkorzystniejszego wpływu na moją psychikę. Tak, czułem się zmęczony, lecz choinka była najprawdziwsza z prawdziwych. Taka plastikowa, prawdopodobnie chińska i zalotnie błyskająca kolorowymi światełkami. Przełom lipca i sierpnia, a tutaj proszę bardzo – swojskie, bożonarodzeniowe klimaty. Drzewko robiło furorę wśród ściągających przez najprzeróżniejsze kraje do Iranu członków naszej grupy i każdy chciał zrobić sobie z nim zdjęcie. Można było się domyślić, iż poprzez ową choinkę, zamiarem zarządcy hotelu było złagodzenie skutków zderzenia kultur Wschodu i Zachodu wśród przybywających zza granicy gości. Wszak znajomy element wystroju pozwala czuć się bezpieczniej, niemniej jednak nie wziął on pod uwagę tego, że w naszych mieszkaniach bożonarodzeniowe choinki nie stoją na co dzień i są ściśle związane z symboliką określonego wycinka chrześcijańskiej rzeczywistości.

choinkamod
Przełom lipca i sierpnia, a tymczasem w Teheranie…

W hotelowym pokoju wypatrywałem obecności małych przyjaciół. Jeżeli wierzyć reklamom emitowanym przez irańską telewizję, to nie mają oni tutaj łatwego życia, chociaż sprzyja im ku temu niekończący się labirynt betonowych budynków i dzika plątanina kanalizacji. Żywego nie znalazłem, lecz w pościeli jakimś szczęśliwym trafem odnalazłem truchło jednego z nich. Pewnie wykończyły go chemikalia zachwalane we wspomnianych reklamach. Połowiczny sukces. Dwuosobowy pokój nie sprawiał egzotycznego wrażenia i w całości był urządzony na modłę zachodnią. Nawet w łazience brakowało charakterystycznej dla tego regionu, przeznaczonej do wiadomych celów dziury w podłodze. Zamiast niej, dumnie tkwił w rogu zwyczajny, europejski tron. Jedynym, co wyróżniało pomieszczenie sypialne, był zauważony przez Ankę, umieszczony na jednej ze ścian piktogram Kaaby. Nietrudno było się domyślić, czemu służył. Po prostu wskazywał kierunek w którym znajdowała się Mekka. Warszawa, Kijów, Mińsk, Teheran. Całkiem niezła trasa, jak na moje pierwsze w życiu latanie. Bardzo chce mi się spać. Rzucamy się z Anką na łóżka, każde z nas na swoje. Tak grzecznie. Nikt nie interesuje się tym, że w jednym pokoju śpią dopiero co zaznajomieni kobieta i mężczyzna, bez ślubu. W Islamskiej Republice Iranu.

KaabaMOD
Gdyby ktoś stracił orientację w terenie, to modlimy się w tym kierunku. Informacyjny piktogram wskazujący kierunek do Mekki.

Ze snu wyrywa mnie huk klimatyzacji. Cały budynek wibruje pracą klimatyzatorów pamiętających ostatnie lata rządów szacha. W korytarzu odbywa się narada. Na miejsce dotarli właśnie nasi dwaj kurdyjscy przewodnicy. Młodszy ma na imię Ali. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie delikatnego chłopaka, dlatego też określam go w myślach jako specjalistę od logistyki. Przecież taki cherubinek nie będzie nas prowadził na szczyt Damavandu. Błąd. Starszy, dużo starszy od Aliego, ma na imię Cuma. Bez dwóch zdań, żylasty i spalony słońcem góral. Dobrze mówi po angielsku i od razu widać, że jest bardzo pewny siebie. Trudny, lecz niezastąpiony w górach typ charakteru. Ali i Cuma są braćmi. Przewodników jest trzech. Na siedmiu uczestników wyprawy. Organizator zdaje sobie sprawę z tego, że nie wybieramy się na piknik, więc zadbał o zabezpieczenie klientów. Trzecim przewodnikiem jest Shokrii, przemiły, młody Irańczyk. To właśnie on nad ranem odbierał mnie i Ankę z lotniska. Z przelotami zrobił się nielichy bałagan. Ja miałem przylecieć razem z Anką z Warszawy. Przesiadka w Kijowie. Oczywiście plan ten spalił na panewce, a to dzięki ukraińskim liniom lotniczym (UIA), które w nader swobodny sposób traktują plany lotów. Anka przyleciała więc do Teheranu z przesiadką w Istambule, natomiast ja zdążyłem w międzyczasie zaliczyć Kijów i Mińsk. Ktoś utknął w Dubaju, a dodatkowo z Istambułu miała do nas dołączyć jeszcze jedna kobieta. Przylatujące na lotnisko Chomeiniego towarzystwo zabierał do hotelu Shokrii. Nie zazdrościłem mu, gdyż lotnisko jest oddalone od miasta o trzydzieści kilometrów i każdy przejazd tam i z powrotem zajmował przynajmniej dwie godziny, jak nie więcej. Nam ten dzień miał służyć odpoczynkowi po podróży i przygotowaniom do wyjazdu w góry.

KlimatyzatoryMOD
Klimatyzatory. Lejący się z nieba żar irańskiego lata nagrzewa do białości teherański beton. Jest to jedyny sposób na przeżycie w tych warunkach.

Angielski Anki był dużo lepszy od mojego, dlatego też szybko nawiązała ona nić porozumienia z Cumą. Rozmowa zaczęła mnie omijać, więc zająłem się piciem mocnej, charakterystycznej dla Iranu herbaty o konsystencji przeraźliwie słodkiego syropu. Spod fotela wychynął mały przyjaciel i energicznie okrążył stopę Anki, po czym zerknął na mnie badawczo poruszając czułkami. Byłem jedynym, który zauważył jego obecność.

– I co? Teraz mnie podkablujesz? – zapytał.
– Nawet mi to przez myśl nie przeszło – odpowiedziałem wzruszając ramionami i udając, że na niego nie patrzę – Nie wiem, jak to jest u was, ale wyobraź sobie, że u nas w Polsce kolaboracja i donosicielstwo nie mają chlubnej tradycji – chociaż obecnie niektórzy o tym zapominają, dodałem w myśli.
– Dolary przywiozłeś? – zainteresował się nagle.
– Tak, mam ich trochę – przytaknąłem.
– Mam nadzieję, że nie wymieniałeś ich na lotnisku – autentycznie się zmartwił – Bandycki kurs – dodał.
– Nie, czytałem już o tym przed wylotem. Gdzie będzie najlepiej?
– U nas, w hotelu. Znajdziesz – poradził znikając z powrotem pod fotelem.

Z irańskimi pieniędzmi, to trochę skomplikowana sprawa. Inflacja przypominająca tą z Polski początku lat dziewięćdziesiątych sprzyja pojawianiu się na banknotach coraz to kolejnych zer po pierwszych z lewej cyfrach. Zer tych jest tak wiele, że w obrocie pojawiły się właśnie banknoty z sześcioma po jedynce. Można zostać milionerem od ręki. Jednostką walutową Iranu jest rial, jednak na co dzień funkcjonuje tam również jednostka wirtualna o nazwie toman. Jeden toman, to dziesięć riali. Gdzieś tam błąkają się również duchy dinarów, będących setną częścią riala, jednak pamięć o nich już niknie w mrokach historii irańskich pieniędzy. Żeby tego było mało, to Irańczycy stosują też podział banknotów na „duże” i „małe”. Nie zrozumiałem sensu owego podziału do końca mojego pobytu w tym kraju. Nie komplikując, z moich spostrzeżeń wynikało, że „małe” to te, poniżej stu tysięcy, natomiast wszystkie od setki i powyżej, to „duże”. Niby proste, ale jak chciało się coś kupić w zgiełku teherańskiej ulicy i usłyszało się, że towar kosztuje ileś tam „małych”, to momentami mózg odmawiał posłuszeństwa.

rialeMOD
Riale, zupełnie bezwartościowe poza granicami Iranu, jednakże po zalaminowaniu, świetnie nadające się na prezenty dla przyjaciół.

Kiedy w małej księgarence znajdującej się nieopodal naszego hotelu kupiliśmy z Anką mapę Teheranu okazało się, że jesteśmy w jego sercu. Tuż pod nosem mieliśmy kompleks budynków rządowych i bazaar, czyli teherańskie centrum handlowe. Ośmieleni tym odkryciem i w ogóle, posiadaniem mapy, postanowiliśmy zrealizować pomysł Anki o kupnie świeżych owoców i warzyw na bazaarze. Labirynt ciasnych uliczek prowadził na południe.

Ulica1mod
Niezbyt szerokie, ale niezwykle urokliwe uliczki w okolicy teherańskiego bazaaru.

Na jednej z nich zatrzymał nas mężczyzna pokazujący zachęcającymi gestami, abyśmy weszli do znajdującego się na krawędzi ulicy budynku. Błękitna mozaika na fasadzie wskazywała wprost, że jest to meczet. Tyle wiedziałem z uprawianych przed wyjazdem wędrówek po Sieci. W tym momencie straciłem i tak chwiejną pewność siebie, gdyż nie miałem pojęcia jak się zachować. Czym innym jest bowiem wejście do znanej z przewodników i otwartej dla turystów świątyni, a czym innym zaproszenie do odwiedzenia muzułmańskiego przybytku o charakterze lokalnym, dostępnym dla miejscowych. Przynajmniej tak to sobie w tym momencie wyobrażałem. U wejścia pojawiło się kilku mężczyzn, którzy machając zapraszali nas do wnętrza. W sieni najpierw chciano nas rozdzielić, to znaczy ja miałem iść do sali przeznaczonej dla mężczyzn, a Anka miała odwiedzić tą część meczetu, w której modliły się kobiety. Po chwili pojawił się mężczyzna, najwyraźniej będący kimś znaczniejszym i po krótkiej z nim rozmowie zapraszający zmienili zdanie. Oboje zostaliśmy wprowadzeni do głównej sali, gdzie w ciszy świątyni siedziało kilku innych wiernych oddając się modlitwie i rozmyślaniom. Przed wejściem na rozpostarte na podłodze dywany zdjęliśmy buty. Kierując się wskazaniami usiedliśmy we wnęce, przed podestem dla celebrującego nabożeństwo. Zostawiono nas na chwilę tak, abyśmy mogli poczuć atmosferę tego miejsca.

TehMeczet1mod
Wnętrze meczetu. Nie jest to sala główna, lecz miejsce, gdzie w intymnej atmosferze ciszy wierni mogą oddawać się lekturze i rozmyślaniom o Najwyższym.

Po jakimś czasie mężczyzna, który wcześniej zezwolił nam na wejście do głównej sali, gestami zachęcił, aby podejść do ściany, na której u góry umieszczono oprawione zdjęcia ważnych person z grona szyickich duchownych, u dołu zaś znajdowało się kilkadziesiąt, podobnie oprawionych fotografii zwykłych ludzi. Najwyższych Przywódców Iranu rozpoznałem bez trudu, co do kolejnych duchownych, wyjaśnieniem służył posługując się angielskim nasz przewodnik po meczecie. Widząc moje zainteresowanie zdjęciami u dołu potwierdził to, czego już się wcześniej domyśliłem. Były to fotografie wiernych przynależnych do tego meczetu, którzy zginęli w walce z irackimi najeźdźcami podczas krwawej wojny w latach osiemdziesiątych. Męczennicy.

Męczennicymod
Męczennicy wojny iracko – irańskiej. To za nimi tęsknią i czczą ich pamięć wierni przynależni do meczetu w centrum Teheranu.

Z tym Teheranem jednak było coś nie tak. Ludzi na chodnikach jakoś mało, ruch samochodów niemrawy w porównaniu z tym, co tak łapczywie chłonąłem z filmików oglądanych przed wyjazdem na YouTube. Nawet bazaar okazał się być zamknięty, co złożyliśmy na karb trochę później godziny. Niezawodny pozostał tylko upał, który do białości rozgrzewał betonową pustynię gigantycznego miasta. Na skrzyżowaniach znaczniejszych ulic znajdowały się punkty kontrolne, na których leniwie wyglądający policjanci nie robili absolutnie nic, przy okazji markując, że w ogóle nie zwracają na nas uwagi, chociaż w zasięgu wzroku, oprócz nas nie było widać żadnego innego europejczyka. W tym momencie mógłbym się założyć, że tego dnia byliśmy jedynymi obcokrajowcami, jakich widziano w tym rejonie miasta.

Pusta ulicaMOD
Pusta ulica. Nie jest to codzienny widok w Teheranie.

Równy rząd ustawionych ciasno ciężkich motocykli oraz grupa siedzących na zacienionym murku umundurowanych mężczyzn z pałkami u pasa, którzy sprawiali wrażenie zupełnie niezainteresowanych naszą obecnością, natychmiast przypomniała mi to, co nie tak dawno oglądałem na zdjęciach w domowym zaciszu. Zachodnie media, relacjonujące wydarzenia z Teheranu po wyborach prezydenckich 2009 roku określały tą formację, jako riot police, czyli powołaną do pacyfikowania demonstracji organizowanych przez niezadowolonych mieszkańców irańskich miast. Jednoślady zapewniają dużo większą od samochodów mobilność w miejskiej gmatwaninie ciasnych uliczek, dlatego też członkowie riot police mogą w krótkim czasie zjawiać się w miejscach, w których zaczynają gromadzić się ludzie, i brać sprawy w swoje ręce. Eufemistycznie to ujmując.

riot police
Riot police w akcji. Teheran 2009. (zdjęcie: AP Photo)

Zaskakujące dla Irańczyków wyniki wyborów, po których ponownie miał objąć urząd prezydenta ultrakonserwatywny Mahmoud Ahmadinedżad wywołały wrzenie. Doszło do wyjątkowo krwawych zamieszek, tłumionych przez rząd za pomocą policji, wojska oraz riot police, która niechlubnie wsławiła się niezwykłą brutalnością w tym trudnym dla Irańczyków okresie. Jeżeli macie chęć zobaczyć, jak strasznie wygląda śmierć utrwalona przez bezduszne oko kamery zainstalowanej w telefonie komórkowym, to wpiszcie w YouTube hasło: Iran, Neda. Śmierć Nedy Agha – Soltan przypisywana jest działaniu riot police. Trafiona pociskiem prosto w serce Neda utonęła we własnej krwi, leżąc na betonowej ulicy jednej z dzielnic Teheranu. Nie sposób porównywać tej sytuacji z działaniami antyglobalistów, które miały miejsce w 2001 roku podczas szczytu G8 odbywającego się wówczas w Genui, ale warto przypomnieć sobie nazwisko Carlo Giulianiego, zastrzelonego przez tamtejszą policję. To tak na wszelki wypadek, gdyby komuś umknęło, że nie tylko w Iranie można zginąć w tłumie demonstrantów.

iran_615
Członkini tzw. Green Movement podczas protestów po wyborach prezydenckich. Teheran 2009. (zdjęcie: Ahmed Jadallah/REUTERS)

Mieszkańcy Teheranu okazali się być dla nas ludźmi bardzo przyjaznymi. Przede wszystkim, tak jak wspomniani policjanci, usiłowali sprawiać wrażenie niezainteresowanych widokiem jasnej skóry europejskich twarzy. Z naszej strony staraliśmy się rewanżować podobnym udając, że mimo wszystko, kątem oka nie zauważamy ich zaciekawienia naszą obecnością. Jednak nie sposób było każdorazowo uniknąć wzajemnego zerkania i przypadkowego skrzyżowania spojrzeń. Kończyło się to przynajmniej nieprzymuszonym i odwzajemnionym uśmiechem, a równie często, lepszą, lub gorszą angielszczyzną zadawano nam pytania w rodzaju:
– Where are you from?
– From Lachestan.
– Ooo! Lachestan! Yes, i know. Warsaw? Welcome to Iran. Enjoy!

Persowie całkiem nieźle orientują się, gdzie leży Polska, jednak dla większości z nich nie jest to Poland, lecz Lachestan. Jestem więc zdania, że tak w ramach swoistego rewanżu powinniśmy przestać mylić Iran z Irakiem i twierdzić, że mieszkają tam wyłącznie terroryści i ich kozy. Porozumiewanie się łamaną angielszczyzną na ulicach miasta wychodzi nie najgorzej. W razie wątpliwości, wszyscy pytani służą pomocą. Jak nie po angielsku, to na migi. Charakterystycznym jest to, że najlepiej po angielsku rozmawiają młode kobiety i to właśnie one posiadają największy zasób słownictwa, znakomicie odnajdując się w dowolnym temacie. W ostateczności można zwrócić się o pomoc, na przykład we wskazaniu drogi, do policjantów lub żołnierzy, lecz ci najczęściej nie posługują się angielskim.

MUfanMOD
Sympatyczny fan Manchesteru United spotkany w Teheranie, który bardzo chciał, aby jego wizerunek umieścić w Internecie na jakiejś lachestańskiej stronie. Proszę bardzo, spełniam obietnicę.

Persowie są narodem dumnym oraz bardzo dbającym o swoją prywatność. Przez cały pobyt w Iranie nie zetknąłem się z najmniejszym przejawem nachalności z ich strony. Tak, było widać tu i ówdzie ludzi bardzo ubogich oraz żebraków. Jednak żaden z nich nie epatował swoim nieszczęściem w celu wywołania litości, jak też żaden z nich nie prosił o pieniądze, co nierzadko zdarza się w Polsce, i w ogóle, na Zachodzie. Na jednym z teherańskich skrzyżowań natknąłem się na kilka, około dziesięcioletnich dziewczynek, które zarabiały myjąc szyby w zatrzymujących się na światłach samochodach. Widząc europejczyka, dziewuszki porzuciły swoje zajęcia podbiegając do mnie, a ja byłem w tym momencie święcie przekonany, że będą mnie prosić o pieniądze. Nic z tych rzeczy. Dzieciaki potraktowały mnie jako atrakcję, która pozwoliła im na chwilę oderwać się od codzienności, gdyż w dalszym ciągu widok obcokrajowca, tym bardziej obcokrajowca z bliższego, lub dalszego Zachodu, jest na ulicach Teheranu rzadkością. Ku mojemu zdziwieniu, dziewczynki posługując się angielskim podpytywały skąd jestem, jak mam na imię, ile mam lat i czy podoba mi się w ich mieście. Kiedy zauważyły, że chcę już iść dalej, pożegnały się z uśmiechami i wróciły do swoich zajęć. Wspominając o perskiej dumie, mam taką mała radę. Jak będziecie chcieli robić z bliska zdjęcia Irańczykom, to w dobrym tonie jest najpierw zapytać ich o przyzwolenie. Należy pamiętać, że są to ludzie tacy sami, jak my, a nie małpy w klatce pokazywane ku uciesze gawiedzi. Pstrykanie im zdjęć z zaskoczenia jest dla nich irytujące, chociaż wobec obcokrajowców starają się nie okazywać tej irytacji. Wystarczy zwrócić na siebie uwagę i wskazać na aparat. Postępując w ten sposób nie spotkałem się z odmową, a często następował w tym momencie swoisty handel wymienny. Robiłem za misia na Krupówkach, a zdjęcie ze mną natychmiast lądowało na Facebooku, który jest w Iranie zakazany, jednakże korzysta z niego większość posiadaczy smartfonów. W miastach odnosiłem nieodparte wrażenie, że ich mieszkańcy są do tych smartfonów przyklejeni. Jeszcze bardziej, niż u nas.

PannyMOD
Efekt handlu wymiennego zdjęciami. Najpierw robiłem za misia na Krupówkach, po czym panny poczuły się zobowiązane, co skwapliwie wykorzystałem.

Rozwikławszy tajemnicę, jaką początkowo wydawał nam się okryty sposób korzystania z teherańskiego metra (przygody w metrze znajdą się w odrębnym wpisie zatytułowanym metro.tehran.ir), tego dnia dotarliśmy na plac Azadi, traktowany w dalszym ciągu, jako wizytówka miasta. Coś w rodzaju paryskiej wieży Eiffla.

Azadi1MOD
Plac Azadi

Napisałem, że „w dalszym ciągu”, gdyż wybudowany w 1971 roku plac wraz z umieszczoną w jego centrum Azadi Tower, stanowi jeden z ostatnich monumentów powstałych w czasie rządów szacha Mohammada Rezy Pahlawi, zakończonych rewolucją islamską w 1979 roku. Pierwotnie Azadi Tower nazywana była Wieżą Pamięci Królów, gdyż w zamierzeniu stanowiła symbol dwudziestu pięciu wieków perskiej historii. Po 1979 roku zmieniono jej nazwę na Azadi Tower, czyli Wieżę Wolności.

Azadi2MOD

Przeobrażenie ustroju politycznego nie wpłynęło na sposób postrzegania tego miejsca, lecz niejako przy okazji, wygnano z kraju autora projektu – Hosseina Amanata, któremu zarzucono herezję, gdyż jest on wyznawcą Bahaizmu, a po rewolucji religia ta została uznana za sektę, nie mając tyle szczęścia, co zaratusztrianie. Słodką zemstę Amanata stanowi to, że w projekcie wieży przemycił on symbolikę bahaistyczną, której nie sposób usnąć, bez jej zburzenia.

Azadi3MOD

Według zachodnich przewodników, na Wieżę Azadi można wjechać windą i podziwiać z niej panoramę Teheranu. Wprawdzie najwyższym budynkiem tego miasta jest obecnie Milad Tower, jednak Azadi wcale nie wypadła pod tym względem z łask turystów. Zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Wlokący się za nami tego dnia pech również w tym przypadku nas nie opuścił. Wieża sprawiała wrażenie wymarłej, a urodę zdjęć budowli zakłócał widok rozpoczętych u jej podstawy prac budowlanych, których miejsce także zostało opuszczone przez robotników.

Graf1MOD
Teherański street art. Ten dozwolony. Na temat zakazanego polecam wpis pt. Mutiny Of Colours.

W przeciwieństwie do małego przyjaciela z hotelu, owca nie była nazbyt rozmowna. Skwierczała jedynie na metalowym rusztowaniu grilla w towarzystwie pomidorów i cebuli. Wypatrzony przez Ankę przybytek nie sposób było nazwać restauracją. Ciasne pomieszczenie do którego wchodziło się prosto z ulicy oraz dwa mocno wysłużone plastikowe stoliki z równie leciwymi, także plastikowymi krzesłami. Odrobinę cienia usiłowały zapewnić siedzącym przy stołach płócienne parasole. Grill stał niemalże na ulicy, a kompanii dotrzymywał mu ogromny, nieustannie podgrzewany gazem samowar, który stękał i sapał sprawiając tym wrażenie, że pod wpływem ciśnienia zaraz eksploduje, siejąc spustoszenie w całej okolicy. Anka miała wątpliwości co do tego samowara, jednak ja byłem zdania, iż mimo wszystko ustrojstwo to swoją aparycją wzbudza zaufanie, gdyż wygląd ów wskazywał na to, że staruszek napoił gorącą herbatą całe pokolenia teherańczyków, a więc dlaczego miałby wybuchać akurat teraz? Mnie z kolei nieco martwiła swoboda, z jaką obsługujący ten kram chłopak podchodził do higieny w obchodzeniu się z żywością. Cały czas miałem bowiem przed oczami śmierć Scotta Fishera pokazaną w filmie Everest. Fishera zabiła sraczka, która w górach potrafi osłabić największego twardziela, a ja sporo naczytałem się o zatruciach pokarmowych mających wiele wspólnego z brudnymi rękami kucharza. Amerykanin miał o tyle łatwiej, że skutecznie znieczulał się przy tej okazji gorzałą, jednak w Iranie mógłby być z tym problem. Żar ulicznego grilla pogodził owcę, pomidory, cebulę i ewentualne niedociągnięcia żywieniowej higieny, a groźnie wyglądający samowar uraczył nas znakomitą, gorącą herbatą w lejącym się z nieba upale teherańskiego popołudnia. Miejscówka okazała się być świetnym punktem obserwacyjnym, gdyż znajdowała się na ostrym łuku utworzonym przez zbiegające się ulice Nasera Khosro i południową Saadi. Łuk ten wymuszał spowolnienie ruchu, tworząc zakrzywienie przestrzeni pozwalające na delektowanie się widokiem życia codziennego mieszkańców betonowego molocha.

Punk obserwacyjnyMOD
Punkt obserwacyjny na zbiegu ulic Nasera Khosro i południowej Saadi

Wieczorem ktoś nam wyjaśnił, dlaczego teherańskie ulice sprawiały wrażenie mniej zatłoczonych, niż mogliśmy tego oczekiwać. Irańczycy mieli właśnie „długi weekend”, gdyż po oficjalnie wolnym od pracy piątku, w sobotę wypadło święto religijne. Obchodzono dzień męczeństwa Imama Jafara al-Sadiq’a, według Szyitów, szóstego prawowitego przywódcy muzułmańskiej wspólnoty. Zderzenie z prawdziwym, teherańskim zgiełkiem dnia powszedniego zostawiliśmy więc sobie na później, gdyż podczas naszej peregrynacji po mieście, pozostali członkowie ekipy dotarli do hotelu. Jutro wyjeżdżamy w góry.