Mały Książę i Róża

okladkamod

Dowodem istnienia Małego Księcia jest to, że jest zachwycający, śmieje się i życzy sobie baranka. Kiedy ktoś pragnie baranka, stanowi to dowód, że istnieje naprawdę.

Ktoś kiedyś powiedział, że w pewnych sytuacjach zachowuję się tak, jak rozkapryszony dzieciak, który bardzo chciał dostać cukierek, jednak ominęła go ta przyjemność. Owszem, nie przeczę. Tak jak większość, lubię dostawać cukierki. Co więcej, nie czuję zahamowań, mając w perspektywie możność sięgnięcia po słodycz, skoro i tak mam ją w zasięgu ręki. Nie potrzebuję ku temu przyzwolenia. Z cukierkami często bywa tak, że opakowanie jest ładne, lecz wnętrze niespecjalnie przypada do gustu. Jednak warto spróbować chociażby po to, aby później nie wyobrażać sobie, że mogło być wspaniale i wiedzieć na przyszłość, iż łakocie w takim opakowaniu nie są warte wysiłku, jaki należało włożyć w ich zdobycie.

Gdy się chce być dowcipnym, trzeba czasem skłamać.

budynek
Plac imienia Imama Chomeiniego. Centrum Teheranu.

Według aktualnych szacunków, teherańska aglomeracja jest zamieszkiwana przez około 15 milionów osób, co jednak nie pozwala miastu na znalezienie się w pierwszej dziesiątce najludniejszych miast na świecie. Mieszkam w Myśliborzu, który ma około 12 tysięcy mieszkańców, dlatego też fakt nie zmieszczenia się Teheranu w pierwszej dziesiątce wspomnianego rankingu, w żadnym stopniu nie umniejszył wrażenia ogromu, jakie wywołał we mnie widok irańskiego molocha. Jednak nie czułem się tym przytłoczony, gdyż bardziej byłem zafascynowany, niż przestraszony rozmiarem miasta. Nie ulega wątpliwości, iż najwygodniejszym sposobem określania swojej lokalizacji w obcym mieście, jest posłużenie się odbiornikiem GPS takim, jaki ma obecnie na swoim wyposażeniu niemalże każdy smartfon. Niemniej jednak u mnie pozostał pewien sentyment wobec map papierowych, chociażby z tego względu, że w takiej mapie nie rozładuje się bateria, nie starci ona zasięgu, a po wycieczce może stanowić interesującą pamiątkę.

Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół.

guide
Niezbędnik turysty. Wydane w Iranie mapy są czytelne i szczegółowe.

Nasz hotel znajdował się niemalże w samym centrum Teheranu, za które przyjmuje się plac imienia Imama Chomeiniego. Plac ten stanowi doskonały punk orientacyjny, chociażby z uwagi na znajdujący się tam wysoki, ale niezbyt urodziwy budynek, z wyglądu przypominający kanciaste wytwory myśli architektonicznej, rodem wywodzącej się z lat głębokiego PRLu. Utrzymywanie tego kloca w zasięgu wzroku, chociaż niewątpliwie bezpieczne, ograniczałoby spacer po centrum do przysłowiowej wędrówki wokół komina, dlatego też nie mając elektronicznej wersji planu miasta, udaliśmy się z Anką na poszukiwanie miejsca, w którym można byłoby nabyć mapę w formie papierowej.

I oto ona – która tyle trudu włożyła w swój staranny wygląd- powiedziała ziewając:

– Ach, dopiero się obudziłam… Przepraszam bardzo… Jestem jeszcze nieuczesana.

Mały Książę nie mógł powstrzymać słów z zachwytu:

– Jakaż pani jest piękna!

– Prawda – odpowiedziała róża cichutko.

– Urodziłam się równocześnie ze słońcem.

Mały Książę domyślił się, że róża nie jest zbyt skromna, lecz jakżeż była wzruszająca!

bookstore1
Księgarenka przy ulicy Nasera Khosro. Anka i przemiły księgarz próbują ustalić nasze aktualne położenie na dostępnej w tym sklepie mapie Teheranu.

Księgarz był człowiekiem miłym w obejściu i wydawał się cokolwiek nieśmiały. Ku naszemu radosnemu zaskoczeniu, bardzo dobrze posługiwał się angielskim. Malutka księgarenka znajdowała się zaledwie kilkaset metrów od naszego hotelu i oczywiście, natrafiliśmy na nią zupełnie przypadkowo. Kolejna przyjemna niespodzianka. Mój mówiony angielski pozostawia wiele do życzenia, dlatego też w przypadku wędrówki z Anką, to ona dominuje podczas rozmów, bowiem wyśmienicie posługuje się owym językiem. Niespecjalnie się tym przejmowałem, gdyż było to dla mnie po prostu wygodne. Po co łamać sobie głowę mozolnym dobieraniem słów, skoro ma się ze sobą tak znakomitego tłumacza? Anka rozmawiała z księgarzem, a ja tymczasem robiłem zdjęcia. W pewnym momencie zauważyłem, że Irańczyk wstał, sięgnął po stojącą obok drabinkę i zaczął wspinać się w górę ustawionych po sam sufit, ciasno wypełnionych książkami półek. Chwilę pogmerał wśród nich, po czym wyciągnął niezbyt pokaźnych rozmiarów tomik i zszedł z drabinki, podając tą książkę Ance. Pożegnaliśmy się z księgarzem i wychodząc na zewnątrz byliśmy posiadaczami szczegółowego planu Teheranu, a dodatkowo, Anka trzymała w ręku tajemniczą książkę.

– Co tam masz, co to za książeczka? – mimo wszystko lubię czytać i lubię książki, dlatego też zaciekawił mnie ten tomik.

– A wiesz, to jest Mały Książę – odpowiedziała Anka – Za każdym razem, kiedy jestem za granicą, to kupuję dla mojej przyjaciółki Małego Księcia wydanego w języku kraju, w którym akurat jestem – wyjaśniła.

– Ten Mały Książę? – byłem naprawdę zaskoczony.

– Tak, ten – przytaknęła – Chcesz zobaczyć?

– No pewnie! – niemalże wyrwałem jej książeczkę z ręki.

– Ale, wiesz co Robert? – zaczęła patrząc z powątpiewaniem na to, co wyprawiam z lekturą – Nie z tej strony… – uśmiechnęła się znacząco.

– Hmm… No tak… – szybko odwróciłem tomik i zacząłem przeglądać jego zawartość od prawej w lewą stronę.

Inteligent się znalazł, przeszło mi przez myśl, jednak starałem się nie dawać po sobie poznać, że było mi wstyd. Przecież dobrze wiedziałem, iż litery w języku perskim pisze się od prawej do lewej strony, a jednak dałem plamę. To pewnie z ekscytacji wywołanej tak niezwykłym wydaniem jednej z najpopularniejszych książek na świecie. Pocieszyłem się tym w duchu. Nooshin Azadi, moja irańska przyjaciółka stwierdziła później w jednym z pisanych do mnie „listów”, że: perskie litery potrafią tańczyć. Rzeczywiście, tekst na stronach przeglądanej książki tańczył mi przed oczami. Kompletnie niczego nie byłem w stanie zrozumieć, a wyrazy wyglądały obco, lecz jednocześnie wzbudzały zaciekawienie swoją intrygującą odmiennością. Poczułem, że ta książka jest jak cukierek o którym wspomniałem powyżej. Zapragnąłem ją mieć. Jednak nie zawróciliśmy, gdyż stwierdziłem, że skoro księgarenka jest tak blisko hotelu, to wstąpię do niej jutro, tuż przed naszym wyjazdem do Polur. Tymczasem wyruszyliśmy na podbój Teheranu.

Wkrótce swą trochę płochliwą próżnością zaczęła go torturować. Pewnego dnia na przykład, mówiąc o swych czterech kolcach, powiedziała:

– Mogą zjawić się tygrysy uzbrojone w pazury…

– Nie ma tygrysów na mojej planecie – sprzeciwił się Mały Książę – a poza tym tygrysy nie jedzą trawy.

– Nie jestem trawą – odparła słodko róża.

– Proszę mi wybaczyć…

– Nie obawiam się tygrysów, natomiast czuję wstręt do przeciągów. Czy nie ma pan parawanu?

bookstore2
Jeżeli będąc w Teheranie traficie na tego Pana, to macie szczęście. Bardzo dobrze zna angielski i jest wyjątkowo uprzejmy.

Obaj starsi panowie zachowywali się wobec mnie przyjaźnie, jednak najwyraźniej kompletnie nie rozumieli o co mi chodzi. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie, wspinając się na wyżyny moich umiejętności językowych, dzięki którym jakimś cudem udało mi się sklecić pełne zdanie w języku angielskim. Nie poskutkowało.

– Little Prince? Exupery? – zacząłem powtarzać w nadziei, że jednak coś zaiskrzy i wreszcie dostanę tą książkę w jej niezwykłym wydaniu.

Po śniadaniu spakowałem do plecaka porozrzucane po hotelowym pokoju rzeczy i nie śpiesząc się zanadto, powędrowałem do odwiedzonej wczoraj księgarenki. Do odjazdu miałem ponad godzinę, więc mogłem kupić Małego Księcia w spacerowej atmosferze. Tym razem w sklepiku z książkami był nie jeden, lecz dwóch sprzedawców. Obcych. Ani śladu po wczorajszym. Starsi Irańczycy przywitali mnie kiwając głowami, lecz na tym kiwaniu skończyła się nasza konwersacja. W ogóle nie mówili po angielsku. Jednak wbrew mojemu odczuciu, doskonale rozumieli o jaką książkę mi chodzi. Pokręcili przecząco głowami. Jakoś nie mogło to do mnie dotrzeć, dlatego też pomyślałem, że zrobię zdjęcie okładki kupionego przez Ankę egzemplarza i pokażę je tym miłym starszym panom. Tak dla pewności. Czułem, że przestaje mi zbywać na czasie, więc odcinek w tę i z powrotem zrobiłem w tempie iście sprinterskim, pokazując nieco zaskoczonym sprzedawcom ekran telefonu ze zdjęciem okładki. Chyba miałem szaleństwo w oczach, gdyż jeden z nich westchnął, po czym sięgnął po drabinkę i zaczął się po niej wdrapywać pod sufit. Długo przeglądał grzbiety stojących tam woluminów, a ja robiłem sobie coraz większą nadzieję. Daremną.

slon

– Enghelab, enghelab… – powtarzali obaj, jednocześnie wskazując mi wyjście. Mówili coś jeszcze, ale oczywiście po persku. Nic nie rozumiałem, więc asekuracyjnie ukłoniłem się dziękując i wymknąłem się z pomieszczenia. Mogłoby być przecież tak, że mieli mnie już dosyć i kazali się wynosić. Przyszło mi do głowy, że gdybym był w Polsce, to przy mojej namolności, pewnie już bym usłyszał życzliwe: „wypierdalaj stąd, wariacie”. Cukierek wymknął się z ręki, a we mnie odezwał się rozkapryszony dzieciak.

Nie powinienem jej słuchać – zwierzył mi się któregoś dnia – nigdy nie trzeba słuchać kwiatów. Trzeba je oglądać i wąchać. Mój kwiat napełniał całą planetę swoją wonią, lecz nie umiałem się nim cieszyć. Historia kolców, która tak mnie rozdrażniła, powinna rozczulić…

taxi
Taksówki w Teheranie kursują w nietypowy dla nas sposób. Tak, jak nasze miejskie autobusy. Jeżeli będziecie skąpić na kasie, to liczcie się z koniecznością przesiadek w drodze do celu. Godziwa zapłata zmienia ten zwyczaj.

Enghelab… Co to jest „enghelab”? Zastanawiając się szedłem zrezygnowany wzdłuż ulicy Nasera Khosro. Kilkadziesiąt metrów przede mną zauważyłem znajome sylwetki. Janka i Marta rozmawiały z jakimś Irańczykiem, stojąc w pobliżu sznura zaparkowanych przy chodniku żółtych taksówek. Najwyraźniej pytały o drogę, gdyż mężczyzna gestykulując wskazywał im kierunek. Odeszły, zanim się do nich zbliżyłem. Nabrałem śmiałości i podszedłem do tego Irańczyka, który oparł się o jedno z żółtych aut.

– Czy to twoja taksówka? – zapytałem.

– Tak, chcesz gdzieś jechać? – odpowiedział całkiem niezłym angielskim.

– Może. Czy wiesz, co to jest „enghelab”?

– To jest nazwa ulicy, tutaj w Teheranie – uśmiechnął się szeroko – Zawieźć cię tam?

– Księgarnia, czy jest tam księgarnia? – cukierek znowu pojawił się w zasięgu moich rąk.

– Tak, ale przecież na tej ulicy też jest – skinął w kierunku z którego przyszedłem.

– Szukam książki, nie ma jej tutaj – wyjaśniłem – Ile chcesz?

– Dwadzieścia tysięcy – oznajmił przyglądając mi się uważnie.

W Iranie byłem nieco ponad dobę i nie za bardzo zdawałem sobie sprawę z wartości miejscowej waluty, ale wyczuwałem, że bada grunt. Czekał na to, czy przełknę kwotę.

– Okej, jedziemy – na ulicy Enghelab znajdowała się księgarnia, i tylko to mnie w tym momencie interesowało.

Na kokpicie taksówki, tuż pod przednią szybą leżała żywa, czerwona róża (widać ją na załączonym do wpisu filmie). Zaskoczył mnie jej widok. Pewnie domyślacie się, dlaczego. Przez krótką chwilę zawahałem się, po czym usiadłem na przednim fotelu pasażera, przykrytym czymś, co wyglądem przywodziło na myśl futro yeti. Stan włosia wskazywał na to, że mógł je upolować dziadek mojego kierowcy. Kiedy był bardzo młody. Ot, taki sobie ozdobnik. Zerknąłem na ekran telefonu, jednocześnie usiłując uchylić okno za pomocą nader swobodnie wędrującej korbki. Za czterdzieści minut pod hotel miał podjechać bus, który zawiezie nas do Polur.

– Mam niewiele czasu, czy moglibyśmy jechać szybciej? – zwróciłem się do taksówkarza, chociaż jeszcze nie ruszyliśmy. Na jego ustach pojawił się znaczący uśmiech. Z głośników popłynęła głośna muzyka, coś w rodzaju irano – disco, po czym żółte auto zgrabnie wślizgnęło się pomiędzy sunące ulicą samochody. Przemknęliśmy wzdłuż ulicy Saadi, na której znajdował się mój hotel, po czym skręciliśmy w jednokierunkową Amir Kabir, prosto w kierunku Placu Imama Chomeiniego. Z perspektywy wnętrza samochodu miasto sprawiało wrażenie odmienne od tego, którego doświadczyłem dzień wcześniej, wędrując z Anką chodnikami i przemykając przez jezdnię po pasach, na których nikt nie zwracał uwagi na pieszych. Czuło się przytłaczającą dominację kierowców aut, praktycznie nie pozostawiających miejsca dla niezmotoryzowanych. Sztuka chodzenia wydawała się być wymierającą, a o jeździe rowerem, to już w ogóle nie warto wspominać. Jednak w tym momencie, byłem zachwycony możliwością jazdy samochodem, chociaż nie zaprzeczę, kilka raz drgnęła mi prawa noga w poszukiwaniu wyimaginowanego pedału hamulca. Jeszcze kilka miesięcy temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że w tegoroczne wakacje będę mknął w taksówce ulicami Teheranu, a tymczasem działo się to naprawdę. Chłonąłem miasto.

– Nie potrafiłem jej zrozumieć. Powinienem sądzić ją według czynów, a nie słów. Czarowała mnie pięknem i zapachem. Nie powinienem nigdy od niej uciec. Powinienem odnależć w niej czułość pod pokrywką małych przebiegłostek. Kwiaty mają w sobie tyle sprzeczności. Lecz byłem za młody, aby umieć ją kochać.

taxi-teheran
Są zielone i żółte. Niezależnie od koloru, zapewniają pasażerom słuszną dawkę mocnych wrażeń, mknąc ulicami miasta i wciskając się wszędzie tam, gdzie tylko może zmieścić się samochód osobowy.

Łysawe opony zapiszczały ostrzegawczo, gdy mój kierowca z naturalną nonszalancją postanowił niespodziewanie zmienić pas ruchu. Kierunkowskaz? Zapomnijcie! Przecież to iranian drajwing stajl! Okazało się, że z tym samym zamiarem nosiła się będąca nieco z przodu, wielgachna ciężarówka. Taksówkarz najwyraźniej postanowił ją przechytrzyć, co w przypadku tak dużej różnicy wagowej, mogło okazać się cokolwiek ryzykowne. Żółty Peugeot spiął się w sobie, lecz niestety, trochę mu brakowało do Porsche.

– Nawet o tym nie myśl – groźnie warknęła ciężarówka, puszczając z rury wydechowej gęsty obłok czarnego dymu.

Znaleźliśmy się pomiędzy wjeżdżającą na ten sam pas ciężarówką i betonowym murkiem, odgradzającym lewą stronę jezdni od czegoś w rodzaju europejskiego pasa zieleni. Skuliłem się w sobie, mając w wyobraźni obraz dymiącej, żółtawej kupy żelastwa, jednak w tym momencie mój pełen fantazji taksówkarz odpuścił. Odetchnąłem z ulgą. Statystyki są nieubłagane. Co roku w Iranie ginie w wypadkach samochodowych około 21 tysięcy osób. Dla porównania w Polsce zginęło w 2015 roku około 3000 tysięcy uczestników ruchu drogowego. Iranian drajwing stajl, chociaż mocno podobny do polskiej ułańskiej fantazji, zbiera dużo poważniejsze żniwo.

princemod
Strona z irańskiego wydania Małego Księcia.

W księgarence na Enghelab zebrało się kilkunastu młodych Irańczyków, którzy przeglądając książki,  prowadzili intensywną dyskusję z równie młodym sprzedawcą. Nie wydawali się specjalnie zaskoczeni moim widokiem, chociaż tego dnia po raz kolejny nie zauważyłem obecności europejczyków na ulicach Teheranu. Wymieniliśmy krótkie „hello”, po czym zwróciłem się do sprzedającego.

– Szukam tej książki – pokazałem mu ekran telefonu – Masz taką?

– Tak, zaraz poszukam – kiwnął głową i przecisnął się wgłąb wypełnionego książkami pomieszczenia.

Księgarenka była równie mała, jak ta na ulicy Nasera Khosro. Z tą jednak różnicą, że tamta miała obrys kwadratu o wysokich ścianach, ta natomiast była prostokątną, wąską kiszką o niskim suficie. Sprzedawca dłuższą chwilę przeglądał półki z książkami, a obecni wydawali się mu kibicować. Oczywiście ze mną na czele. W ogóle pełen byłem podziwu dla tych, którzy upchnęli tak dużą ilość literatury w tak ciasnym pomieszczeniu. Na dosłownie kilku metrach kwadratowych znajdowała się zawartość miejskiej biblioteki publicznej w moim Myśliborzu. To, czego nie udało się upchnąć na wypełnionych po sam sufit półkach, umieszczono w ustawionych jedno na drugim kartonowych pudłach. W tym momencie nastąpił punkt kulminacyjny, niczym przed popisowym numerem w kabarecie, po czym Irańczyk wyłuskał spośród innych niepokaźną książeczkę. Z daleka zobaczyłem znajome obrazki na okładce i serce podskoczyło mi z radości. Podał mi ją, a widzące moją radość towarzystwo niemalże zaczęło bić brawo, dzieląc ze mną uśmiech.

–  O czym jest ta książka? – taksówkarz z wyraźnym zainteresowaniem sięgnął po Małego Księcia.

– O miłości i przyjaźni, ale też o samotności i poświęceniu – sam siebie zaskoczyłem bogatym zasobem angielskich słów, ale coś we mnie drgnęło, i w tym momencie bardzo łatwo było mi wypowiadać się o uczuciach, nawet w obcym języku – To jedna z najważniejszych książek w Europie.

Pokiwał głową i dłuższą chwilę przeglądał tomik z ilustracjami oryginalnie wykonanymi przez Saint – Exuperyego.

– Chcesz wracać? – zapytał oddając mi książeczkę. Przytaknąłem.

Irano – disco zabrzmiało ze zdwojoną siłą, a żółta taksówka ponownie wcięła się płynnie w nurt samochodów. Powrót okazał się być dużo bardziej skomplikowany od drogi w tą stronę. Jadąc do Enghelab od strony południowej Saadi pokonaliśmy jedynie fragment ulicy Amir Kabir, plac Chomeiniego i wypełnioną ekskluzywnymi sklepami część Ferdowsi, natomiast z powrotem taksówka przeciskała się przez fantastyczny labirynt podrzędnych uliczek. Trzymałem w rękach mój papierowy skarb, a wpadające przez całkowicie uchylone okna powietrze rozwiewało leżące na siedzeniu futro biednego yeti. Przestało nam się spieszyć i rozmawialiśmy, bez skrępowania posługując się łamaną angielszczyzną, od której co wrażliwszych mogłaby rozboleć głowa. Mój kierowca podawał mi nazwy przemierzanych przez nas ulic, jednak ja nie zapamiętałem żadnej. Pytał też, dokąd wybieram się dzisiaj i czy jeszcze kiedyś przyjadę do Tehareanu, a tak w ogóle, to czy podoba mi się w Iranie. Większość spotkanych przez mnie w tak krótkim czasie Irańczyków o to pytała, dlatego kwestie te miałem już opanowane niemalże na pamięć: tak, bardzo mi się tutaj podoba i chcę kiedyś tutaj wrócić. W słowach tych nie było oni krztyny sztuczności.   

Nooshin Azadi zachęca mnie do tego, abym spróbował poznać język perski. W słowie mówionym, jest on w brzmieniu przyjemny dla mojego ucha, jednak w pisanym, to już zupełnie odmienna historia. W korespondencji z Nooshin stwierdziłem, że te ich litery, to mogą nadawać się na baśniowe ornamenty, umieszczane gdzieś na cennej biżuterii, a nie na alfabet. W dodatku ten odwrotny od naszego kierunek pisania. Tak, Nooshin ma rację, te litery potrafią tańczyć. Niemniej jednak postanowiłem spróbować. Kupiłem podręcznik zatytułowany: Język perski dla początkujących i najwyraźniej wyzbyłem się odruchu otwierania mojego perskiego egzemplarza Małego Księcia od lewej do prawej. To dobry początek.  

perskimod3

 

Wszystkie cytaty zawarte w niniejszym wpisie pochodzą z polskiego wydania Małego Księcia. Na irańskie przyjdzie czas 😉