Kazbek (III)

Pocztówkowa wizytówka gruzińskiej części Wielkiego Kaukazu. Połączenie piękna natury z historią tego kraju. W tle tępy szczyt Kazbeku, u dołu miejscowość Stepancminda, a na wzgórzu po lewej, prawosławny klasztor Cminda Sameba (Święta Trójca). Dzieje chrześcijaństwa na tych terenach są bardzo odległe i sięgają IV wieku naszej ery. Kiedy budowano klasztor, nasi przodkowie uprawiali kwitnące pogaństwo i czcili Swarożyca. Odtąd, musiało upłynąć niemalże 500 lat do momentu, w którym polański książę ucałował stopy Chrystusa konającego na krzyżu.

Zbliżający się koniec roku oraz perspektywa kolejnej wycieczki na pięciotysięcznik, skłania do odświeżenia wspomnień z poprzednich wypraw, a zebrało się tego nieco. Tym razem, zamiast obszernego wpisu w moim stylu, proponuję przegląd wejścia na gruziński Kazbek. Taki „od dołu, do góry i z powrotem”. Od położonej w dolinie miejscowości Stepancminda (dawniej Kazbegi), poprzez lodowiec Gergeti, schronisko Bethlemi, aż na sam szczyt i powrót w dolinę rzeki Terek. Po debiucie na irańskim Damavandzie, Kazbek był moim drugim pięciotysięcznikiem. Co ciekawe, zdobytym dokładnie w rok po pierwszym. Trzeciego sierpnia. Może uda mi się hattrick? Trzeci, trzeciego?

Gruzińska Droga Wojenna (tutaj w miejscowości Stepancminda). Dla Gruzinów, z jednej strony gospodarcze błogosławieństwo, gdyż na przestrzeni ich dziejów był to ważny szlak handlowy. Z drugiej zaś przekleństwo, bowiem przewaliły się po niej chyba wszystkie armie największych mocarstw tego regionu. Rzymianie, Persowie, Mongołowie i Rosjanie. Droga łączy Tbilisi z Władykaukazem i obecnie liczy sobie 208 km długości.
Stepancminda. To stąd rozpoczyna się wędrówka na szczyt Kazbeku. Według źródeł, miejscowość wzięła nazwę od mnicha Szczepana, świętego Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Przedsiębiorczy koleś postawił tutaj coś w rodzaju małej twierdzy i kroił przejezdnych na kasie pobierając myto. Nie wiem, czy akurat z tego powodu został świętym. Za Rosjan, osada otrzymała miano Kazbegi, od nazwiska lokalnego watażki, Gabriela Kazbegiego. Kazbegi był rosyjskim kolaborantem, więc nazwa nie mogła utrzymać się po tym, jak Związek Radziecki zaniemógł z powodu marskości wątroby.
Popularne u nas „busy”, za wschodnią granicą nazywane są marszrutkami. W miarę wygodna, a przede wszystkim tania metoda na pokonywanie dużych dystansów. Na co bardziej uczęszczanych trasach, kursują w sposób regularny. W czasie mojego pobytu w Gruzji, za odcinek z Tbilisi do Stepancmindy (150 km), płaciło się 10 lari, czyli niecałe 15 zł.
Zestaw miejscowego dandysa. Tanie piwo i równie tanie fajki. Piwo, jak chyba każdy tego rodzaju trunek w Gruzji, to sikacz przypominający w smaku cienkiego, niemieckiego lagera. Papierosy zaś, to… no cóż… Najlepiej oddaje to komentarz Irakliego, gruzińskiego przewodnika, który wprowadził nas na szczyt Kazbeku. Pytam, pokazując dopiero co kupioną racę fajek: Irakli, gruzińskie cygarety? Irakli kręci przecząco głową i odpowiada z powagą: Nie, nie! To nie cygarety! To armaty!
Jeżeli wydaje się wam, że nasze drogi mają największą ilość dziur i pod tym względem jesteśmy światową potęgą, to przejażdżka po gruzińskich wertepach może skłonić do namysłu. Ich wyboje stanowią dorobek pokoleń i nie są takimi spotykanymi u nas, prostymi urywaczami kół. One nie pojawiły się nagle, tylko pracowano nad ich powstaniem przez całe dziesięciolecia. Jazda tam, to niezwykłe przeżycie; cały pojazd wije się wzdłuż i na boki, niczym giętka gąsienica, przetaczając się miękko z jednego dołu w drodze do drugiego, a pasażerowie muszą naprawdę zachować czujność, aby nie wypaść z siedzeń. Wbrew pozorom, na takich wybojach Gruzini nie poruszają się pojazdami rodem z ZSRR, lecz japońskimi busami z napędem na 4 koła, które okazują się bardzo wytrzymałymi terenowo autami. Z czystym sumieniem polecam Mitsubishi Delica, bo to naprawdę solidna maszyna. Ale raczej niedostępna w Europie.
Niestety, na szczyt Kazbeku, dzielni Gruzini nie wjeżdżają japońskimi busami, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Nadszedł czas zarzucenia dobytku na plecy i zatargania go o własnych siłach do schroniska Bethlemi. Ewentualny nadbagaż, może być tam dostarczony przez kursujące na tej trasie karawany koni. W odróżnieniu od Iranu, w Gruzji nie widziałem mułów, które znakomicie spisywały się na zboczach Damavandu.
Klasztor Cminda Sameba nieodparcie kojarzył mi się z naszą Częstochową. Rzucającą się w oczy różnicą, była wysokość na której został wzniesiony. Sporo powyżej szczytu Kasprowego Wierchu.
Początek wędrówki i od razu spore zaskoczenie. Czy zwróciliście uwagę na to, co rośnie w Tatrach na wysokości ponad 2 tysięcy metrów? O ile w ogóle coś tam rośnie, to najprawdopodobniej będzie kosodrzewina i roślinność niskopienna. A tymczasem w górach Kaukazu, na tej wysokości w dalszym ciągu można spotkać drzewa liściaste. Może nie są one nazbyt imponujących rozmiarów, lecz i tak stanowią niezłą ciekawostkę.
Początkowo myślałem, że to czworonóg należący do któregoś ze wspinaczy marzących o wejściu na Kazbek. Jednak szybko okazało się, że jest to miejscowy, a w dodatku jest ich więcej. Wędrują samotnie, lub grupkami. Najprawdopodobniej przychodzą z położonych w dolinie wsi. Przyłączają się do wchodzących na, i schodzących z góry. Ogólnie są przyjaźnie nastawione, ale trzeba przed nimi chować prowiant, bo jest oczywistym, że raczej nie chadzają tutaj dla przyjemności, tylko szukają jedzenia. Chociaż, kto wie? Bez problemu docierają do stacji meteo, gdzie spacerują pomiędzy namiotami, wyczekując okazji na wyżerkę, lecz widywałem je też w pobliżu tzw. czarnego krzyża, na wysokości około 3900 metrów, gdzie nic już nie ma oprócz lodu i kamieni. Czyżby szukały tam ludzkiego towarzystwa, a może i czegoś w rodzaju psiej przygody? Najfajniejszy był taki „jamnikopodobny” typek w obozie przy stacji meteo. Długi, z krótkimi łapkami i sierścią w rodzaju szczeciny charakterystycznej dla zużytych szczotek w WC. Określaliśmy go jako „niskopodłogowego” i zachodziliśmy w głowę, jak z takim niskim podwoziem wgramolił się tutaj, pokonując po drodze blisko dwa kilometry lodowca.
W kierunku Przełęczy Arsha. Przejście łatwe, pozbawione jakichkolwiek trudności technicznych. Widoki rewelacyjne, a dodatkową atrakcję stanowi świadomość tego, że już teraz spacerujemy na wysokości odpowiadającej najwyższym tatrzańskim szczytom. Przełęcz znajduje się na wysokości około 3000 m n.p.m., po czym schodzi się w dolinę do miejscówki nazywanej Sabertse, gdzie nad potokiem znajduje się miejsce na obozowisko przed wejściem na lodowiec Gergeti.
Wygląda na to, że polscy złomiarze jeszcze tutaj nie dotarli, gdyż ta swobodnie leżąca drabinka z aluminium, stanowiłaby dla nich łakomy kąsek.
Sabertse, czyli coś w rodzaju obozu pośredniego, pomiędzy leżącą w dolinie Stepancmindą z której rozpoczyna się wędrówkę na wierzchołek Kazbeku, a schroniskiem Bethlemi, będącym właściwą bazą do wyjścia na szczyt. Odcinek ze Stepancmindy do schroniska można zrobić w jeden dzień, jednak dla dobrej aklimatyzacji, warto zatrzymać się na nocleg w Sabertse. Wieczorem przetoczyła się nad nami burza z silnymi opadami, jednak miejscówka okazała się stanowić bezpieczne schronienie. Podczas mojego pobytu, Gruzini rozpoczęli tutaj budowę schroniska z prawdziwego zdarzenia, co potwierdza przekonanie o minimalnym zagrożeniu wysokogórskimi niespodziankami w tej lokalizacji.
Będąca drugim z naszych przewodników Natasza z Moskwy, okazała się posiadać niezwykły talent do kucharzenia. Szczególnie dobrze wychodziło jej gotowanie (a raczej podgrzewanie) gotowego gulaszu zapakowanego w plastikowe saszetki 😉 Zakładam, że to był gulasz, i to drobiowy, bo za cholerę nie potrafiłem odczytać tych robaczków gruzińskiego alfabetu, które znajdowały się na opakowaniach. W każdym razie, jedzenie smakowało w tych warunkach wyśmienicie, a posiadanie dobrego apetytu w warunkach górskich, stanowi bardzo istotny element sukcesu, którym jest zdobycie szczytu.
Wielkie żarcie! Moja ulubiona fotka z tej podróży 🙂 Ekipa w pełnym składzie (od lewej): Ania, Przemek, Kasia, Krzysiek, Zbyszek i Bartek. Lubię pławić się w luksusie, więc moje wycieczki muszą mieć charakter all inclusive. Wcinanie na stojąco gulaszu zagryzanego pajdą suchego chleba, wprost z blaszanego gara i przy pomocy plastikowej łyżki, w pełni zaspokaja moje zapotrzebowanie na luksus 😉
Nie, nie mam na myśli tego śmigłowca w tle. Chodzi mi o to coś, co dwa osobniki w centrum zdjęcia mają przymocowane w okolicach tyłków. Nie wiem, jak to nazywa się po ichniemu (najczęściej używają tego Rosjanie), lecz ja zetknąłem się polską nazwą: poddupnik. Dlaczego poddupnik? Bo dzięki temu prostemu, lecz genialnemu wynalazkowi, możesz sadzać swoją dupę niemalże w dowolnym miejscu. Podczas wielodniowych wypadów w góry, jest to ustrojstwo zapewniające niespotykany w takich warunkach luksus dla dowolnej dupy. Nie musisz się przejmować tym, że akurat w okolicy nie ma ławeczki, tylko goła, zimna i najczęściej mokra skała, która czyha na to, aby odgryźć twoją szanowną dupę. Dzięki poddupnikowi, możesz siedzieć wygodnie i bezpiecznie na takiej skale. Wynalazek jest nieskomplikowany; coś w rodzaju trudno przemakalnej gąbki z materaca i przymocowany do niej z obu stron pasek ze sprzączkami, dzięki któremu możesz opasać się wpół i tryumfalnie łazić z poddupnikiem po obozie, niczym zblazowany pawian (ta małpa ma charakterystyczną dupę, niezależnie od płci delikwenta). Poddupniki raczej nie są dostępne w Polsce, a szkoda.
Ten kudłaty ziomek wlazł z nami do obozu pod schroniskiem Bethlemi. Była z nim czworonożna koleżanka, która niestety, w tym momencie nie załapała się w kadr. Niemniej jednak w obozie, parka zapewniała nam swego rodzaju rozrywkę, którą przerywaliśmy godziny nudy pomiędzy kolejnymi wyjściami w teren. Kiedy on sobie podjadł, to od niechcenia brał się za chędożenie koleżanki, ewentualnie wdawał się w krótkie szarpaniny z innymi psami. Jakże typowy samiec!
Kasia cieszy się, niczym dziecko na widok słoika z Nutellą 🙂 Nasze pierwsze kroki po lodowcu. W każdym razie, dla mnie na pewno pierwsze w życiu. Nigdy dotąd nie miałem okazji chodzić po takim ogromnym, lodowym cielsku.
Lodowiec Gergeti jest jednym z największych w rejonie Kazbeku. Jednocześnie, jednym z najspokojniejszych. Po prostu osuwa się leniwie w dolinę, stopniowo topniejąc i zamieniając się w wartkie potoki. Pozostałe lodowce potrafią być dużo bardziej nieprzewidywalne. Prawdziwym diabłem jest znajdujący się po stronie rosyjskiej Kolka, który co kilkadziesiąt lat obrywa się gwałtownie, wywołując siejącą zagładę lawinę błotną, potrafiącą pokonać ponad 30 kilometrów tamtejszej doliny. Ostatnia tego rodzaju lawina miała miejsce w 2002 roku i pochłonęła ponad 120 istnień ludzkich.
Schronisko Bethlemi urządzone w budynku starej, poradzieckiej stacji meteo (3653 m n.p.m.). Zimą jego wnętrze z pewnością wydaje się być przyjemniejsze, gdyż osłania od mroźnego wiatru lepiej, niż płótno namiotu, lecz latem jest tam średnio przyjemnie. Nie owijając w bawełnę, mamy w tym przypadku do czynienia z ruderą o specyficznie woniejących i wilgotnych izbach. Ta kolorowa ściana na zdjęciu, to jedyny wesoły element owego przybytku. Przed wejściem umiejscowiono ławeczkę, która swoim kosmicznym kształtem wzmacnia zasięg sieci komórkowej, co umożliwia połączenie się z bliskimi pozostałymi w kraju. Z tymi kosmicznymi właściwościami ławeczki, to oczywiście żart, lecz faktycznie, jest to jedyne miejsce tutaj, w którym telefony mają jako taki zasięg i można chociażby odebrać z i wysłać smsa do Polski.
Manewry szkoleniowe na lodowcu Gergeti. Nasi przewodnicy poświęcili dzień na przygotowanie uczestników wycieczki na to, jak reagować na ewentualne niespodzianki, które mogły nam się przydarzyć podczas wyjścia w kierunku szczytu. Jako całkowity laik (na Damavandzie nabywanie takich umiejętności okazało się zbędne), dopiero od Nataszy i Irakliego dowiedziałem się, czemu może służyć czekan i jak uczynić z niego użytek. Otóż wbrew mojemu przekonaniu (zawsze kojarzył mi się z wchodzeniem pod górę), przy jego pomocy często łagodzi się impet upadku na stromym zboczu. Gdy zdarzy nam się utracić przyczepność i upadniemy, należy błyskawicznie go uchwycić obiema rękami, przycisnąć do piersi i całym ciężarem ciała docisnąć go do powierzchni (oczywiście, ostrze musi być skierowane ku dołowi). Przy odrobinie szczęścia, pod naszym ciężarem ostrze zagłębi się w podłoże, spowalniając zsuwanie się i dając nam szansę na wyhamowanie. Nie jest to trudne, lecz wymaga niezłego refleksu i nabycia umiejętności obracania się podczas zjazdu. Szczególnie, gdy upadniemy na plecy. Adrenalina gwarantowana, lecz nikomu nie życzę tego w sytuacji „na serio”.
Chyba najbardziej frapujący widok w całym obozowisku przy schronisku Bethlemi. Z jednej strony dziki i romantyczny, z drugiej zaś… momentami okropnie smrodliwy. Źródłem fetoru jest ta mała, kamienna budka z blaszanym dachem, czyli wysokogórski wychodek. Dwie dziury w drewnianej podłodze, przez które możesz zobaczyć kamienne zbocze pod swym tyłkiem. Walisz prosto na zbocze, przy okazji kontemplując zapaszki i obraz działalności poprzedników. Tego rodzaju sławojka obnaża w całej oczywistości kompletne nieprzygotowanie ludzkiego organizmu do przebywania na wysokościach, na których podstawowe czynności fizjologiczne urastają do rangi niezapomnianego wyczynu. Owszem, w pewnym zakresie nasz organizm dostosowuje się do tych nietypowych warunków, lecz trudno sobie wyobrazić przebywanie tutaj na dłuższą metę.
Prawosławna kapliczka na wzniesieniu ponad schroniskiem Bethlemi. Na pierwszy rzut oka przypomina kiosk radzieckiej łodzi podwodnej, lecz jest to w tym przypadku forma jak najbardziej trafiona, gdyż ułatwia wytrzymanie naporu wysokogórskich burz i wichur. Dla pewności, wzmocnioną ją solidnie przymocowanymi do gruntu stalowymi linami. Podejście do kapliczki jest całkiem strome, lecz nie sprawia żadnych trudności technicznych, dlatego obozujący pod schroniskiem wykorzystują je do ćwiczenia podejść i skuteczniejszej aklimatyzacji na tej wysokości. Miejsce to nie stanowi jedynie ciekawostki turystycznej, bowiem prawosławni duchowni odprawiają tutaj msze.
Wnętrze kapliczki.
Co by nie było, że z tymi mszami w kapliczce, to tak sobie wymyśliłem – dwóch popów wędrujących w jej kierunku od obozu Bethlemi.
Nadgryziony przez surowe, wysokogórskie warunki obozu pod Kazbekiem obelisk, upamiętniający Lecha i Marię Kaczyńskich. Tuż obok schroniska Bethlemi. W tle polska flaga nad miejscem, w którym biwakują polscy ratownicy podczas letniego sezonu wspinaczkowego. W związku z pamiętnymi dla Gruzinów wydarzeniami z 2008 roku, nadali oni pośmiertnie prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu odznaczenie i tytuł Narodowego Bohatera Gruzji. Więcej o tym w moim wcześniejszym wpisie: Nie mój prezydent

Czarny krzyż, czyli swoisty wyznacznik możliwości tych, którzy chcą wejść na szczyt Kazbeku. Jeżeli po wyjściu z Bethlemi nie jesteś w stanie dotrzeć tutaj w ciągu godziny, to lepiej sobie odpuść, gdyż Kazbek cię pokona.
Dzień ataku szczytowego przywitał nas fantastyczną pogodą. Wychodząc z obozu w ciemności nad ranem, mogliśmy podziwiać gwiazdy, których światła nigdy nie zobaczymy w dolinach, a tuż przed wschodem słońca, niebo nabrało barwy tak głębokiego błękitu, że aż trudno było uwierzyć w jego rzeczywistość. Na zdjęciu postój w miejscu nazywanym umownie plateau (około 4000 m n.p.m.), z którego rozpoczyna się właściwe podejście w kierunku szczytu. Na wprost, pomiędzy Iraklim i drugim mężczyzną leży na śniegu postać w pomarańczowym kombinezonie. To Natasza, nasza rosyjska przewodniczka z Moskwy. Pokonywany w świetle latarek odcinek pomiędzy Bethlemi i plateau dał jej porządny wycisk. Nam również 🙂
Podobnie, jak gwiazdy i niebo, słońce na tej wysokości też jest „inne” od tego, jakie widzimy w dolinach. Jest po prostu białe, niczym jakaś plazma w atomowym piecu (bo przecież faktycznie jest to plazma w atomowym piecu na kosmiczną skalę), a jego promienie zdają się wypalać na wskroś oczy patrzącego w jego kierunku (o ile taki głupiec by się w tym miejscu znalazł).
Podejście od plateau do szczytu ma około 1000 m przewyższenia i jest długie, co czyni je mozolnym. W dodatku śnieg na zboczu, jest w środku lata zeszklony na powierzchni przez ciepłe promienie słońca, dlatego trzeba uważnie stawiać stopy, gdyż ewentualne potknięcie może skutkować długim zjazdem do… Rosji, bowiem gdzieś u podnóża przebiega granica pomiędzy Gruzją i Władimirem Putinem. Tak więc niosąc ze sobą na szczyt grilla, skrzynkę browarów i telewizor, bądźcie czujni na postojach i lepiej mocno trzymajcie te fanty przy sobie, jako że przy odrobinie nieuwagi, mogą one zjechać po zboczu prosto w ręce rosyjskich pograniczników. A ci, raczej wam tych zdobyczy nie oddadzą. Pamiętajcie, wujek Robson dobrze radzi! 😉
Wprawdzie do celu jeszcze około dwie godziny wędrówki, lecz już teraz widać, co się dzieje w pobliżu szczytu. Partia wierzchołkowa góry przypomina dosyć stromy kopiec. Mocniej pochylony od miejsca, z którego robiłem w tym momencie fotkę. Z uwagi na stromiznę, kopiec ten pokonuje się obszernym zygzakiem, co z kolei powoduje zatory na nawrotach. Jak powiększycie zdjęcie, to zobaczycie liczną gromadę wchodzących i schodzących, co przywodzi na myśl widok karkonoskiej Śnieżki w pogodny dzień zimowych ferii. Tłum jest, tylko budki z pamiątkami i oscypkami brakuje. Przynajmniej na razie 😛
No cóż… Żadnych seksownych, gruzińskich cheerleaderek, wiwatującego na moją cześć tłumu i darmowego piwka. Żadnego, grającego skoczne melodie big bandu, czy chociażby ekipy szkockich kobziarzy, dobywających jakże słodkie dla ucha dźwięki ze swoich uroczych instrumentów. Tylko metalowy pręt z przywiązaną garścią kolorowych szmatek. Jestem na szczycie Kazbeku.
Takie trochę dziwne uczucie. Jakimś trafem, na drugi pięciotysięcznik wszedłem równo rok, po moim pierwszym. Co do dnia. I wiecie co? Mocno zatęskniłem za tamtym momentem. Niby rok, to niewiele, lecz jest to przepaść, której jak dotąd, nikomu nie udało się pokonać wstecz. To, co było kiedyś, już nigdy do nas nie wróci. Dobrze, że przynajmniej tak intensywne w doznania chwile, głęboko tkwią w naszej pamięci. Dlatego pragnę więcej takich momentów i z ciekawością spoglądam w kierunku kolejnych pięciotysięczników. Na przykład z Kazbeku, widać kolejny z nich 🙂
Na przykład z Kazbeku, widać kolejny z nich… No może nie do końca kolejny, gdyż biorę go pod uwagę jako jeden z grupy pięciotysięczników, na które chciałbym wejść. Rosyjski Elbrus, czyli najwyższy szczyt Wielkiego Kaukazu (5642 m n.p.m.). Jak się dobrze przyjrzycie, to na tym zdjęciu jest on najbardziej wysuniętym w prawo, pokrytym śniegiem wierzchołkiem na linii horyzontu. Stąd, jest odległy o około 180 kilometrów.
Gruzja. Widok ze szczytu. Gdzieś w lewo, na południowym wschodzie i tysiąc kilometrów stąd, znajduje się mój pierwszy pięciotysięcznik, czyli irański Damavand. Myślę, że kiedyś tam wrócę, bowiem wspomnienia związane z wejściem na ten wierzchołek i w ogóle pobyt w Iranie, jak dotychczas, stanowiły dla mnie największą przygodę życia. Dobrze się wraca do miejsc związanych z takimi wspomnieniami 🙂
Dopiero podczas zejścia w świetle dnia można było przyjrzeć się uznawanemu za najtrudniejszy odcinkowi trasy. To gdzieś pomiędzy czarnym krzyżem, a plateau, w 2015 roku zginęła Polka. Dosłownie zniknęła, gdyż jej ciała nie odnaleziono. Etap ten stanowi labirynt głazów i lodowcowych szczelin, przykrytych cienką warstwą zamarzniętego śniegu i pyłu zsuwającego się z wietrzejących zboczy Kazbeku. Prawdopodobnie, dziewczyna wpadła w jedną z takich szczelin. Dodatkową „atrakcję” tego odcinka, stanowią toczące się w sposób kompletnie nieprzewidywalny głazy, które odrywane od stoku z niesamowitym impetem rozbijają się o lodowiec. Czytałem, że widywano takie o rozmiarze lodówki, czy też małego samochodu, lecz ja nie doświadczyłem tego rodzaju wrażeń. Jednak w zupełności wystarczyły mi takie, nieco podobne do piłki futbolowej, które odbijając się od innych kamieni, podskakując wydawały się mknąć w naszym kierunku. Doświadczony Irakli, prowadził nas poza ich zasięgiem.
Powrót w dolinę przepływającej przez Stepancmindę rzeki Terek. Zaintrygowały mnie górujące nad tą miejscowością szczyty, lecz zapomniałem o nie zapytać Irakliego, a szkoda. Identyfikując je później, musiałem posiłkować się informacjami z internetu. I chyba wyszło mi nie najgorzej. Tak więc najwyższy z lewej, to Kuro (4071 m n.p.m.). Środkowy w głębi, to Shino (4047 m n.p.m.), a za nim po prawej, to Kora (3602 m n.p.m). Ustalając ich nazwy oraz wysokość, korzystałem z bardzo fajnej strony: mapcarta.com
Pożegnanie z Iraklim w Tbilisi. Jest to kolejny przewodnik, którego bardzo dobrze będę wspominał z moich wojaży. W Iranie, był to młody Shokri. W Gruzji zaś, został nim Irakli. Przesympatyczny facet, który z uśmiechem i praktycznie bez słowa potrafił utrzymać w ryzach gromadkę niezbyt zdyscyplinowanych cywili, którą podczas wycieczki na Kazbek tworzyłem wraz z moimi polskimi towarzyszami. Wspominam o cywilach, gdyż Irakli jest emerytowanym podpułkownikiem gruzińskiego SPECNAZu i brał udział w konflikcie z Rosją w 2008 roku. Podejrzewam, że szkolono go również w kierunku obchodzenia się z krnąbrnymi osobnikami i ujarzmiania ich zapędów 😉

Madloba, Irakli!

Nachwamdis, Gruzjo!