Rowerem wokół Karkonoszy

Kominy elektrociepłowni Poříčí (dzielnica Trutnova) z wieży widokowej znajdującej się na terenie Twierdzy Stachelberg. Nie, tym razem to nie one tak nakopciły. Tak wyglądają te okolice opatulone w górskie mgły, zapowiadające o poranku pogodny wakacyjny dzień.

Pomysł objechania Karkonoszy dookoła na rowerze nasunął mi się jako oczywista konsekwencja już niejednokrotnego przemierzenia głównego ich grzbietu w obie strony podczas pieszego Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Trasę w ogólnym zarysie znałem z wcześniejszych przejazdów pewnych jej odcinków samochodem, na przykład do czeskiego Szpindlerowego Młyna, czy też na pograniczną Przełęcz Okraj. Przy obranym przeze mnie wariancie kierunku jazdy, tak na pierwszy rzut oka musiałem liczyć się z perspektywą pokonania 150 kilometrów asfaltu z kilkoma niezbyt forsownymi podjazdami. Jako moim zdaniem łatwiejszy, wybrałem kierunek jazdy zgodny z ruchem wskazówek zegara, gdyż w tym przypadku są tylko dwie bardziej wymagające wspinaczki rowerowe. Na zachodzie, od czeskiego dopływu potoku Velka Mumlava do rzeki Izery poniżej Harrachova, a następnie do Jakuszyc na Przełęcz Szklarską i po stronie wschodniej Karkonoszy; od Kowar na Przełęcz Kowarską. Pozostało jedynie wybrać bazę wypadową dla tej wycieczki.

Jeżeli marzycie o tym, aby po wjeździe do Czech zapalić sobie blanta, to lepiej bądźcie ostrożni, gdyż zgodność z prawem posiadania i palenia marihuany w tym kraju należy do mitów. Jest to zawsze niezgodne z czeskimi przepisami. Co innego, że posiadanie pewnej ilości zioła (do 10 gramów) jest wykroczeniem, więc nie ma w tej kwestii tak absurdalnej nagonki z jaką mamy do czynienia w Polsce. Niemniej jednak nawet w tym przypadku należy być dyskretnym, gdyż można oberwać słoną grzywnę. Legalne są tzw. „produkty konopne” o niskiej zawartości THC.

Podczas studiowania mapy okolic Karkonoszy, najbardziej intrygującą miejscowością wydała mi się Lubawka. Niewielkie miasteczko położone w powiecie kamiennogórskim, przez które przebiega wiodąca od strony Wrocławia Droga Krajowa nr 5, stanowiąca w tym miejscu jedyne ważniejsze połączenie ze światem. Z mojego punktu widzenia namiastka krańca znanego mi wszechświata na południu Polski, biała plama pomiędzy Karkonoszami, a Kotliną Kłodzką. W sam raz, coś dla mnie.

Karkonosze i ich okolice zryte są szybami małych, średnich i naprawdę dużych kopalni w których wydobywano węgiel, najprzeróżniejsze minerały, złoto, a nawet uran. Obecnie prawie wszystkie są zamknięte. Na zdjęciu jedna z największych kopalni węgla kamiennego po czeskiej stronie – kopalnia „Jan Šverma” w miejscowości Žacléř. Jest to najstarsza kopalnia tego surowca w Czechach, gdyż wydobycie rozpoczęto tutaj już w 1570 roku. Zamknięto ją po 1989 roku, lecz pozostała po niej infrastruktura znajduje się w dobrym stanie, bowiem zakład przekształcono w skansen.

Lubawka okazała się być odsunięta od Karkonoszy dalej na wschód niż mi się wydawało, lecz w dalszym ciągu mieściła się w obrębie zaplanowanej trasy przejazdu. Po prostu zjeżdżając z Przełęczy Kowarskiej nie sposób było ominąć tego miasteczka, chociaż istniał jeszcze wariant polegający na wgramoleniu się na Przełęcz Okraj, lecz moim zdaniem, wówczas nie byłoby mowy o przejechaniu wokół Karkonoszy, gdyż pasmo to nie kończy się na tej Przełęczy. Teraz ze mnie taki mądrala, a nie zdawałem sobie z tego sprawy do stycznia tego roku, kiedy to schodząc z Okraju natknąłem się na zasypany śniegiem, ukierunkowany na wschód drogowskaz z napisem: Schronisko Srebrny Potok – 3,5 km. A więc wbrew mojemu dotychczasowemu przekonaniu, na wschodzie „coś jeszcze” istniało!

Stare budynki zamieszkiwane niegdyś przez pracujących w tutejszej kopalni górników i ich rodziny. Takie czeskie „familoki”. Obecnie w większości opuszczone.

Przygodę rozpocząłem letniego poranka pod jednym z lubawskich marketów. Sklep otwierano o 7, a była to najwcześniejsza godzina, na jaką mogłem się porwać z moim upodobaniem do długotrwałego leżakowania w łóżku. Zakupiłem tam prowiant, według obliczeń pozwalający na pokonanie większości zaplanowanej trasy, o ile nie całej odległości. Kierując się dawnym doświadczeniem ze startów w pieszych maratonach na dystansach „ultra” (powyżej 42 km biegu), zadbałem o prawdziwą „bombę cukrową” oraz niezbędny dodatek białka zwierzęcego. Cztery tłuste i ociekające lukrem pączki, dwa litry coli i paczkę kabanosów. Zestaw prawdziwego, dbającego o zbilansowaną dietę sportowca, czyż nie? 😉

Ratusz na Placu Rychorskim.
Czy wiecie, dlaczego misiek w herbie Žacléřu tak kurczowo trzyma się drzew? Pewnie nie, więc wyjaśniam. Otóż wedle miejscowej legendy, koleś nieustannie jest na bani, gdyż pasjami chla miejscowe piwko warzone w pobliskim browarze. We łbie mu się kręci i żeby nie było obciachu, że po pijaku zarył nosem w leśną ściółkę, to dlatego tak czepia się pni, co by ustać na nogach. No dobra… zmyśliłem to 😛 Ale z tym okolicznym browarem, to najprawdziwsza prawda! 🙂
Historia Browaru Krakonoš z Trutnova sięga XVI wieku i nigdy nie był on zakładem nastawionym na produkcję masową. Ciekawostką jest to, że przez jakiś czas pracował w tym browarze Vaclav Havel, czyli ostatni prezydent Czechosłowacji i pierwszy prezydent Czech. Krakonoš, to czeska wersja naszego karkonoskiego Ducha Gór, czyli Liczyrzepy.
Opuściwszy Žacléř skierowałem się do leżącej na obrzeżach Trutnova miejscowości Babi, aby dotrzeć do przecinającej północne Czechy trasy wiodącej w kierunku Liberca. Według GPSu, droga do Babi prowadziła przez Drewnianą Dolinę, jednak urządzenie to nie pokazało największej atrakcji tej okolicy, której element zobaczyłem nieopodal jezdni po krótkiej, lecz mozolnej wspinaczce szosą ze wspomnianej doliny.
Mając takich sąsiadów, jak hitlerowskie Niemcy i Polska, międzywojenna Czechosłowacja nie mogła czuć się bezpieczna. Zresztą, sami Czesi i Słowacy też nie byli „aniołkami”, więc słusznie spodziewali się jakichś podjazdów ze strony swoich dużo większych oponentów. Kierując się tą obawą, rozpoczęli w 1937 roku budowę grupy warownej na zachodnich wzgórzach ponad Trutnovem, której artyleria i karabiny maszynowe miały bronić przesmyku pomiędzy Karkonoszami i Górami Kruczymi. Umocnienia te nazwano Twierdzą Stachelberg. Konstrukcji nie ukończono, gdyż w 1938 roku Niemcy i Polacy wkroczyli do Czechosłowacji, przerywając suwerenny byt tego państwa. Oczywiście Niemcom dostał się nieporównanie większy kawałek czeskiego tortu, gdyż Polakom udało się wyrwać jedynie Zaolzie, które Pepiki zwinęły im w 1920 roku, kiedy to Piłsudski i spółka byli zajęci walką z najazdem bolszewików.
Dwa zdjęcia wyżej widać jedyny ukończony element umocnień. Jest to tzw. tradytor międzypola, czyli bunkier służący obronie w momencie maksymalnego zbliżenia się wroga. Ustrojstwo to w wojskowości nazywano „bunkrem milczącym”, gdyż jego zadaniem było otwarcie ognia dopiero w sytuacji krytycznej i wykoszenie nieprzyjaciela, gdyby ten wdarł się na teren twierdzy. Na tym zaś zdjęciu, jeden z dwóch nieukończonych lekkich schronów piechoty.
„Eliska”, czyli nie związana bezpośrednio z historią twierdzy wieża widokowa, którą wybudowano w 2014 roku. Wieża jest ogólnodostępna, dając przy dobrej pogodzie rozległą panoramę Gór Kruczych i okolic Trutnova.
Historia relacji polsko – czeskich nie należy do łatwych. To, że od wieków jesteśmy sąsiadami wcale nie oznacza, iż zawsze układało się między nami dobrze. Jednak w ogólnym rozrachunku, wynik ten z dużą przewagą wychodzi na plus w sensie pozytywnym. Przykład takiego pozytywu stanowi historia Ryksy Elżbiety – córki polskiego króla, Przemysła II. Księżniczka została całkowitą sierotą będąc małym dzieckiem i przez kilka lat tułała się po niemieckich dworach. W 1302 roku, królem Polski został król Czech – Wacław II. Chcąc umocnić sojusz obu państw, Wacław poślubił piętnastoletnią wówczas Ryksę. Król umiera zaledwie dwa lata później, lecz Ryksa w dalszym ciągu pozostała królową. Przez dalsze lata nie miała szczęścia do związków z władcami, znajdując je dopiero po związaniu się z czeskim arystokratą – Henrykiem z Lipawy, miłością życia Ryksy. Polka należała do najbogatszych oraz najbardziej wpływowych osób w ówczesnych Czechach i cieszyła się dużą sympatią wśród obywateli tego państwa. Czesi nazywali ją zdrobniale: „Eliską”, lub „Reiczką”. Na zdjęciu, drewniana rzeźba postaci Eliski, umieszczona pod wieżą widokową jej imienia, znajdującą się na terenie Twierdzy Stachelberg. Charakterystyczny element rzeźby stanowią umieszczone u stóp królowej herby królestwa Czech (lew z dwoma ogonami) i królestwa Polski (orzeł)
Ekscytacja poznawaniem czegoś nowego. Uwielbiam to uczucie 🙂 Odcinek trasy pomiędzy Trutnovem i Vrchlabi dotychczas był dla mnie nieznany, gdyż po czeskim przedgórzu Karkonoszy jeździłem wyłącznie w celu dostania się na Przełęcz Karkonoską, będącą sercem tych gór. Od strony polskiej nie można tam wjechać samochodem, za to od czeskiego Szpindlerowego Młyna możemy tam dotrzeć bez przeszkód. Oczywiście nie po to, aby jeździć po Karkonoszach samochodem, lecz z uwagi na to, że Przełęcz Karkonoska stanowi doskonałą bazę wypadową w zakątki tych gór, będące poza zasięgiem turystów wychodzących ze Szklarskiej, czy też z Karpacza.
Sudetoniemcy. Czy słyszeliście o takiej mniejszości narodowej? Przez stulecia czeskie tereny Sudetów (w tym Karkonoszy) należały do tego państwa. Niemniej jednak z uwagi na surowy klimat, sami Czesi nie bardzo mieli ochotę na zamieszkiwanie w tej okolicy. Czescy władcy postanowili jakoś zapełnić powstałą tutaj pustkę. Już w XII wieku dynastia Przemyślidów rozpoczęła sprowadzanie osadników z krajów niemieckich, zwłaszcza alpejskich. Ludzi obytych z trudnymi, górskimi warunkami życia. Początkowo byli to głównie poszukiwacze rud i drogich kamieni, górnicy, drwale, węglarze, szklarze, później pasterze, na końcu rolnicy. Ludność tą nazwano Niemcami sudeckimi, czyli Sudetoniemcami. Gdy władzę nad królestwem Czech objęli Habsburgowie, nacja ta mocno zyskała na znaczeniu. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej i rozpadzie cesarstwa austro – węgierskiego, Sudetoniemcy chcieli oderwać się od Czech, jednak zwycięskie mocarstwa zachodnie zmusiły ich do pozostania w granicach nowo powstałej Czechosłowacji. W 1938 roku poparli oni starania Hitlera i tereny te przyłączono do III Rzeszy. Po drugiej wojnie światowej Czesi stwierdzili, że nie chcą już mieć w obrębie swoich granic obcego narodu. Sudetoniemców wysiedlono do Niemiec i Austrii. Na zdjęciu (miejscowość Rudnik) obelisk upamiętniający poległych na polach bitew pierwszej wojny światowej niemieckich mieszkańców tych ziem.
Jeżeli wydaje się Wam, że widzieliście już wiele górskich kolejek linowych i żadna z nich nie była szczególnie interesująca, to polecam odwiedzenie tej, na którą natknąłem się kilka kilometrów od czeskiego miasta Vrchlabi. Przyznam, że widok był dla mnie zaskakujący i w tym momencie nie miałem pojęcia, co to za dziwoląg. Szczególnie frapujące było to, że zamiast wagoników umożliwiających przewóz ludzi, ustrojstwo ma takowe, lecz najwyraźniej przewozi się nimi bliżej nieokreślone „coś”. Odpowiednio zagadnięty „Wujek Google” wytłumaczył mi, że jest to kolejka towarowa, którą transportuje się skały wapienne pomiędzy kopalnią znajdującą się w karkonoskiej miejscowości Černý Důl, a Kunčicami nad rzeką Łabą. Do ciekawostek należy to, iż kolejka jest najdłuższą środkowoeuropejską kolejką towarową i przebiega na dystansie 8,35 km. Na całej trasie Černý Důl – Kunčice znajduje się 49 słupów, a w linę nośną wczepiono 250 wagoników. Najwyższy słup ma 42 metry. Dla ułatwienia konserwacji i wymiany lin nośnych, kolejkę podzielono na osiem odcinków. Czas przejazdu całej trasy przez wagonik wynosi około 45 minut.
Siatka ochronna rozpięta nad jezdnią.
Czeskie przedgórze Karkonoszy, to niemalże rowerowa pustynia. Po tej stronie granicy, na całym etapie przejechanej przeze mnie trasy, przeznaczone dla rowerów odcinki miały formą szczątkową. Gdyby nie pasy awaryjne, to z uwagi na mknące szosą auta, wycieczka miałaby mocno wyrazisty posmak lotu pilota kamikaze. Na zdjęciu, krótki odcinek dla rowerów w miejscowości Vrchlabi. Dla usprawiedliwienia Czechów, przedproże Karkonoszy po stronie polskiej, jest dla rowerzystów jeszcze mniej przyjazne, o czym poniżej.
Trasa Vrchlabi – Harrachov już nie stanowiła dla mnie nowości. Pokonywałem ten odcinek kilka razy udając się na Przełęcz Karkonoską. Odmianą było to, że poprzednio oglądałem okolicę z perspektywy siedzenia w aucie, a tym razem musiałem nieco popracować nogami jadąc rowerem. Byłby to etap trochę monotonny, gdyby nie długie podjazdy pod niemal niezauważalne z oddali wzniesienia. Oczy mówią, że nie jedziesz pod górę, lecz nogi twierdzą co innego. Po kilku kilometrach takich podjazdów można poczuć ogień w mięśniach i pot na plecach 😀
Bardzo urokliwy i arcyciekawy fragment trasy pomiędzy Jabloncem nad Jizerou, a Harrachovem. Genialne widoki podczas jazdy rowerem. Droga meandruje wąwozem otoczonym zalesionymi, stromymi zboczami, krzyżując się w wielu miejscach z linią kolejową poprowadzoną w ekwilibrystyczny sposób nad płynącą dnem wąwozu rzeką Izerą. Na odcinku Harrachov – Tanvald, linia kolejowa stanowi inżynieryjną perełkę i nazywana jest „koleją zębatą”. Czesi nazywają ją „Zubačką” lub „Polubenką”. Dlaczego „zębata”? Otóż linię wybudowano w latach 1899 – 1902 i w tamtych czasach parowozy nie radziły sobie z hamowaniem na stromych, górskich zjazdach. Środkiem torowiska poprowadzono więc trzecią szynę (gąsienicę zębatą) na której umocowane w parowozie koła zębate wyhamowywały pęd maszyny na zjeździe, jak i ułatwiały stromy podjazd. Współczesne lokomotywy i szynobusy już nie potrzebują kół zębatych, lecz w dalszym ciągu odcinek ten zapewnia pasażerom obfitą porcję mocnych wrażeń. „Zubačka” ma swoją stronę w Necie (link)
Szklarska Poręba – Jakuszyce. Chociaż przejeżdżałem tędy naście razy, to dopiero teraz dotarło do mnie, że Jakuszyce nie są samodzielną miejscowością, tylko dzielnicą Szklarskiej Poręby. Jest to mylące z uwagi na odległość kilku kilometrów dzielącą główną część miasta od Jakuszyc, na przestrzeni której oprócz drzew i kamieni nie ma nic. Niegdyś znajdowało się tutaj przejście graniczne między Polską i Czechami, po którym pozostała stacja kolejowa linii Jelenia Góra – Harrachov. Jakuszycka stacja jest najwyżej położoną w Polsce stacją kolejową. Znajduje się na wysokości 886 m n.p.m. Linię wyremontowano w latach 2010 – 12 i między innymi wiedzie ona przez wszystkie dzielnice Szklarskiej Poręby (Dolną, Średnią, Górną, Hutę i Jakuszyce), na których znajdują się przystanki dla turystów przemieszczających się po tej miejscowości. Rozkład jazdy można znaleźć tutaj: http://www.kwszp.info/rj.php Jakuszyce słyną z doskonale przygotowanych zimą tras dla narciarzy biegowych. To tutaj odbywa się Bieg Piastów w którym swojego czasu odnosiła sukcesy Justyna Kowalczyk (w 2019 roku również wygrała). Trasy są zróżnicowane co do trudności i chyba każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie. Zarówno Justyna Kowalczyk, jak i taki lamus narciarski, jak ja sam 🙂
Szklarska Poręba momentami próbuje naśladować Zakopane, chociaż tak jak niepisana stolica Tatr, ma ona swój własny charakter, być może nawet bogatszy, a na pewno dużo bardziej zróżnicowany kulturowo od Zakopca i jego okolic. Zarówno przed II wojną światową, jak i później Dolny Śląsk był terenem ożywionej aktywności osadniczej, spowodowanej nie tylko przyczynami politycznymi, ale też tymi natury gospodarczej. Obok autochtonicznej ludności polskojęzycznej zamieszkiwali tutaj w przeszłości Niemcy, Żydzi, Serbołużyczanie, Czesi, a nawet austriaccy Tyrolczycy. Każdy z przybywających przynosił pewien element zwyczajów swojego narodu, wtapiając go z czasem w tutejszą kulturę. W moim odczuciu, eksponować należy właśnie ową różnorodność, a nie na siłę pozować na „górala”, sprzedając oscypki (!!!) w centrum Szklarskiej Poręby.
„Złodziej Księżyców” autorstwa Macieja Wokana, pomysłodawcy Galerii Ulicznej w Szklarskiej Porębie. Eksponowane są tutaj prace różnych autorów, zmieniane w cyklu trzy – czteromiesięcznym, co daje gwarancję, że niemalże każda wizyta w tym mieście przyniesie nam tutaj coś nowego. Galeria znajduje się na głównej ulicy Szklarskiej, będącej jednocześnie drogą krajową numer 3.
Te przeurocze „Sówki” również stanowią dzieło Macieja Wokana i także umieszczono je we wspomnianej Galerii Ulicznej. Baaardzo mi się spodobały 🙂 Wyszperałem w Necie, że taką” Sówkę” można sobie kupić w galerii o nazwie „Lada Karkonosko – Izerska”, znajdującej się na tej samej ulicy w Szklarskiej, co opisywana Galeria.
Huta Szkła Kryształowego „Julia” w Piechowicach. Uruchomiona w 1842 roku huta pracuje do dzisiaj, mimo wielu perypetii, niemalże doprowadzających do jej likwidacji. Otóż wcześniej „za Niemca”, huta nosiła nazwę „Josephine” i składała się z dwóch zakładów. W Szklarskiej Porębie i Piechowicach. W 1992 roku fabryka w Szklarskiej upadła, ciągnąc za sobą piechowicki zakład, chwilowo broniący się dzięki zastrzykowi amerykańskiej gotówki. Ostatecznie, również ten zakład ogłosił upadłość. Na szczęście pojawił się inwestor, który kupił majątek od syndyka i ogromnym wysiłkiem własnym oraz pracowników przywrócił fabrykę do dawnej świetności. Obecnie huta pracuje, lecz jednocześnie stanowi muzeum udostępniające do zwiedzania halę produkcyjną. Jest tutaj również sklep z przebogatym asortymentem szklanych fantów. Huta ma swoją stronę w Necie (link).
Jak się jeździ rowerem po polskiej stronie przedproża Karkonoszy? Ryzykownie! Całkowicie brakuje tutaj infrastruktury tras rowerowych, dlatego trzeba poruszać się drogami pozbawionymi poboczy. Nie dość, że jest ciasno, to w dodatku ruch samochodowy przytłacza natężeniem. Przedmieścia Jeleniej Góry, stanowiące jednocześnie trasę pomiędzy Szklarską i Karpaczem są pełne idiotów za kierownicami aut z całej Polski. Na drodze panuje anarchia o swoistym uroku, dlatego nie polecam jazdy tutaj rowerzystom o słabych nerwach.
Idąc karkonoskim czerwonym szlakiem, patrząc w kierunku Jeleniej Góry wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, czym jest spory zbiornik wodny znajdujący się pomiędzy tym miastem, a Karpaczem. Otóż podczas rowerowej eskapady wokół tych gór dowiedziałem się, że jest to „Zalew Sosnówka” w gminie Podgórzyn. Sztuczny zbiornik wybudowano w latach 1986 – 2001. Najwyższy punkt wałów sięga 370 m. Wypełniony wodą zbiornik ma ok. 145-170 ha powierzchni i mieści do 14 mln m3 wody. Długość zalewu wynosi 1,2 km, natomiast szerokość 1km. Zbiornik ma słabo rozwiniętą linię brzegową i jest w kształcie owalu. Zlewnię własną zbiornika tworzy potok Czerwonka z dopływami Sośniak i Sosnówka – jako prawobrzeżny dopływ potoku Sośniak. Na zdjęciu stąd na wprost widać Śnieżne Kotły i stojący nad nimi charakterystyczny budynek stacji przekaźnikowej. Bardziej na prawo, Schronisko na Szrenicy nad Szklarską Porębą.
Widok na Kowary z podjazdu na Przełęcz Kowarską. Wielokrotnie jeździłem tędy na Przełęcz Okraj, lecz dopiero teraz mogłem na spokojnie podziwiać ten krajobraz z perspektywy rowerowego siodełka. Polecam 🙂
Pożegnanie z Karkonoszami. Oczywiście tymczasowe 🙂 Rzut okiem przez ramię na trasie, tuż przed wjazdem do Lubawki. Na zdjęciu, na środku i na wprost widać Czoło górujące nad Przełęczą Okraj. Jak się dobrze przyjrzycie, to widoczny jest narciarski stok schodzący w kierunku czeskiej Malej Upy.

Małe podsumowanie

Objechanie Karkonoszy z bazą wypadową w Lubawce dało dystans 152 km. Czy polecam tego rodzaju przejażdżkę? To zależy. Przede wszystkim od tego, czy boimy się pędzących tuż obok nas samochodów, gdyż odcinki z tego rodzaju „atrakcją” są nagminne po stronie czeskiej, a po polskiej stanowią prawdziwą zmorę. O ile u Czechów są pasy awaryjne, to u Polaków jest ciasnota i dużo większe natężenie ruchu. Osobiście nie boję się jazdy z samochodami, lecz nawet ja po dotarciu do Kowar poczułem się wypruty z sił na odcinku od Szklarskiej Poręby. Pewne usprawiedliwienie polskiego chaosu stanowi dużo mniejsza odległość drogi od Karkonoszy. Infrastrukturę trzeba było upchnąć na mniejszej powierzchni, tuż na progu górskich zboczy. Czesi odsunęli trasę od Karkonoszy na południe, przez co zyskali przestrzeń, mogąc sobie pozwolić na budowę chociażby pasów awaryjnych, po których całkiem fajnie mknie się rowerem. Prawdziwie ekstremalne wrażenia zapewnia zjazd z Jakuszyc do centrum Szklarskiej Poręby. Stromo, ciasno i pełno ostrych zakrętów. Pęd jest tak wielki, że szum wiatru zagłusza myśli o tym, czy koła naszego roweru wytrzymają taką prędkość, czy też rozerwie je siła odśrodkowa, a my pofruniemy w kierunku zalesionych i skalistych ścian na poboczu. Przy odrobinie „szczęścia” możemy załapać się na towarzystwo dyszącego nam w plecy kilkudziesięciotonowego TIRa, który pchany swoją masą z ogromnym wysiłkiem stara się nam nie wjechać w cztery litery, gdyż na wyprzedzanie nie ma tutaj miejsca. Uuuuu! Jest wówczas ciekawie! 😀 Mimo wszystko wycieczkę uznaję za baaardzo udaną i za jakiś czas zamierzam tutaj powrócić ze swoją Kozą (tak ma na imię mój rower). Po to, aby zrobić tą trasę w odwrotnym kierunku 🙂

Kilka miejscówek z trasy na mapie