Z szuflady (Warszawa)

Warszawa w Warszawie, na ulicy… Nie, nie na Warszawskiej. Na Wileńskiej. Niemniej jednak mamy w tym przypadku 3xW 🙂

Kiedyś było inaczej. Chociaż piekielnie drogie, najfajniejsze były te, robione Polaroidem. Efekt widziało się niemalże natychmiast, co sprawiało niesamowitą frajdę. Jednak zwykła klisza również miała swój urok, taki o specyficznym posmaku oczekiwania w niepewności. Trochę bowiem trwało, nim pan z zakładu fotograficznego oddał nasze dzieła i do tego czasu nie wiedzieliśmy, czy ów niepowtarzalny moment udało się nam uchwycić w odpowiednim kadrze i wymarzonej jakości. W lepszej sytuacji byli ci, co mogli je wywołać sami. Obecnie, pstrykamy ich tysiące, niemalże bez zastanowienia, z rzadka gromadząc je w uporządkowany sposób. Ta ilość powoduje, że często o nich zapominamy, chociaż wcześniej mieliśmy z nimi związane lepiej, lub gorzej sprecyzowane plany. Niemniej jednak odkrywanie ich po latach na różnych nośnikach, nierzadko walających się w szafkach, pudełkach i najróżniejszych zakamarkach mieszkania, sprawia niemalże tą samą przyjemność, z jaką oglądało się zdjęcia trzydzieści i więcej lat temu. Miejsca, ludzie, wydarzenia. Nasze skarby. Dobrze czasem do nich wrócić, wyjąć z szuflady.

Praska „Maryjka”, jedna z wielu w tej dzielnicy miasta. Nieco nietypowo umieszczona, bowiem wkomponowana w ścianę budynku na wysokości pierwszego piętra. Zwykle „Maryjki” były stawiane na wewnętrznych podwórkach kamienic tak, aby mieszkańcy mieli do nich łatwy dostęp. Żeby je pielęgnować, otaczać kwiatami, oddawać się myślom i modlitwom przed ich obliczami. Wprawdzie zdarzają się z przełomu XIX i XX wieku, lecz zdecydowana ich większość została postawiona w okresie okupacji Warszawy podczas II wojny światowej. W podzięce za uratowanie życia, za to, że udało się wymknąć z łapanki, że bomba nie trafiła w budynek, albo że Niemcy tutaj nie wtargnęli i nie rozstrzelali mieszkańców kamienicy.

Pierwsza z zaplanowanego cyklu jest Warszawa, którą pokazała mi Anka, wówczas warszawianka. Czyli poznana w Iranie, Anka – Warszawianka. Miasto, które przedtem mnie odstręczało, po wędrówce z Anką ujawniło swoje inne od znanego większości zamiejscowych, fasadowego oblicza na pokaz. Takie swojskie, bo niekiedy tak samo „piękne inaczej”, jak moja własna mieścina. Od tamtego czasu, bardzo lubię naszą stolicę. Nabieram przekonania, że mam skłonności do nieuzasadnionego uprzedzania się, które jednak bez wysiłku przełamuję wędrując w odpowiednim towarzystwie. W tym przypadku z uprzedzenia wyleczyły mnie spacery z Anką, w innym zaś, co do Zakopanego i samych Tatr, pomogła mi Vee. Kilka fotek z włóczęg w kompanii z Vee , znajdzie się w kolejnym wpisie „z szuflady” 🙂

Widząc takiego kolesia u wejścia na podwórko jednej ze starych kamienic warszawskiej Pragi zastanawiałem się, w jakim celu go w tym miejscu umieszczono. Jakiś dobry duch pilnujący, aby do środka nie zakradli się źli ludzie? W pewnym stopniu tak, lecz główne jego zadanie było nie tyle prozaiczne, co faktycznie użyteczne. Jest to bowiem tzw. „pachołek”, odpowiednik nam współczesnego odbojnika skrzydła bramy. Miał zapobiegać uderzaniu metalowego skrzydła w ścianę i jednocześnie określał dopuszczalną szerokość wozów mogących wjechać na podwórze. Tak, by nie rysowały one ścian końcówkami osi swoich kół. Zwykle, pachołki nie były tak ozdobne i wykonywano je w formie kuli, bądź przysadzistego słupka. Fantazyjne kształty, świadczyły o zamożności właściciela kamienicy.
To, co w niewielkim miasteczku w którym mieszkam, raczej nie stanowiłoby nazbyt interesującego widoku, fascynuje mnie w przypadku naprawdę dużych miast. Kontrasty architektoniczne. Opierające się o siebie ścianami budynki, które dzieli 100 lat. Biorąc pod uwagę miejsce, kontrast ten jest zwielokrotniony, a mnie wręcz oszałamia. Zwróćcie bowiem uwagę na datę, którą widać na prawym skrzydle ściany tego starego budynku na pierwszym planie. Rok 1914. A więc staruszek przetrwał zagładę, jaką zgotowano Warszawie w 1944 roku. Teraz pod jego bokiem powstał nowy blok, sąsiadujący ścianę w ścianę z tym ceglanym dziaduniem (widać to na zdjęciu poniżej).
Pragmatyczna ocena sytuacji dokonana przez komendanta 6. Obwodu AK Praga, ppłk Antoniego Żurowskiego ps „Andrzej”, pozwoliła prawobrzeżnej Warszawie uniknąć ofiar i zniszczeń, które w trakcie Powstania Warszawskiego dotknęły to miasto po lewej stronie Wisły. Już 4 sierpnia 1944 roku podjął on decyzję o wstrzymaniu walk w tym rejonie, a 10 sierpnia rozkazał powstańcom przejście w stan tzw. konspiracyjnego pogotowia. Czy w związku z taką postawą, ci z prawobrzeża byli mniej odważni i mieli w sobie mniej poświęcenia od tych z przeciwległego brzegu rzeki? Nie, z całą pewnością, chociaż niemalże o nich zapomniano. Cztery dni walki to i tak dużo, jeżeli weźmie się pod uwagę to, że dysponując wątłym uzbrojeniem, tutejsi powstańcy musieli stanąć przeciwko elitarnym jednostkom SS z dywizji Hermann Göring i Totenkopf, wyposażonych między innymi w kilkadziesiąt ciężkich czołgów typu Tygrys. Dowództwo powstania nie wiedziało o pojawieniu się tych oddziałów na prawobrzeżu, bowiem Niemcy podjęli decyzję o ich relokacji nagle, obawiając się wejścia z tej strony do miasta przez Armię Radziecką. W porównaniu z niemalże zrównanym z ziemią centrum, wczesne zaprzestanie powstańczych walk na prawobrzeżu pozwoliło przetrwać większej ilości tutejszych budynków. Przykład takiego stanowi ten, przy ul. Brzeskiej 19.
Tak, tak! Ten elegancki, drewniany płot z nieheblowanych desek, to też Warszawa. Na oko, gdzieś ze 3 km od ścisłego centrum. Taki swojski widok powoduje, że nie straszne mi Złote Tarasy, czy Dworzec Centralny, z którego bez pomocy Anki nie potrafiłem wyjść na właściwą ulicę 😀
Grochów. Stary zakład szklarski przy rondzie na ulicy Wiatracznej. Dizajnu nie powstydziliby się najlepsi druciarze z mojego Myśliborza 😀
Tak a propos tego malowniczego „bajzlu”, który przyuważyłem w krzakach na Grochowie, to polecam odwiedzenie strony
http://gwara-warszawska.waw.pl/
Znajdziecie tam trochę „fajnych” zwrotów z gwary warszawskiej. „Fajny” wziąłem w cudzysłów, bowiem jak się okazuje, jest to zwrot z gwary warszawskiej,a w dodatku pochodzący z jidysz (języka europejskich Żydów). Tak samo, jak ów „bajzel”, czyli bałagan (również dom publiczny). Z innych, takich zabawnych: antek – sprytny chłopak, gazownik – pijak, bardacha – ubikacja, bezbiletny – jadący na gapę, bezportkowiec – biedak, drewniana jesionka – trumna, dzyndzaj – tramwaj, ecie pecie – pieniądze, iść na kominy – iść na plotki, lorneta z meduzą – dwie setki wódki i galareta z nóżek, tniutam – mam to gdzieś, zielona Warszawa – przyjezdni 🙂
Nie zaliczam się do znawców polskiej kinematografii, lecz nawet ja znam tą scenę z filmu „Miś”, w której niejaki Wacław Jarząbek (grany przez Jerzego Turka), wyśpiewuje w stronę szafy w gabinecie prezesa Ochódzkiego (Stanisław Tym) kwestię: „…łubu dubu łubu dubu niech nam żyje prezes naszego klubu …”. A jakiego klubu Ochódzki był prezesem? Nie mam pojęcia 😛 Ale wiem, że wspomnianą scenę nagrywano w dawnych budynkach warszawskiego klubu „Orzeł” przy ul. Podskarbińskiej (na zdjęciu). Za budynkami znajdują się malownicze ruiny (galeria poniżej) swoistego pomnika sportu ery socjalizmu, czyli toru kolarskiego Nowe Dynasy. Otwarty z wielką pompą w 1972, po 1989 roku tor popadł w ruinę na skutek zaniedbań i braku środków finansowych. Po wielu latach sądowej szarpaniny z władzami ledwo zipiącego klubu „Orzeł”, obiekt przeszedł we władanie miasta. Poszła fama, że miasto zamierza wyremontować tor i przywrócić go do dawnej świetności, lecz szybko okazało się to być mrzonką. Po co remontować na cele społeczne, skoro można teren uporządkować, podzielić na działki i sprzedać za niezłą kasę? 😛
Warszawski imprezowy „ogórek”. Nie, to nie żart. Jeżeli masz fantazję, to możesz sobie takiego „ogórka” i jego kierowcę wynająć na wieczór i bujać się nim wraz ze swoją ekipą po stołecznych klubach. Już sobie wyobrażam taką sytuację: sobotni wieczór, chłopaki podwożą swoje odszykowane i wypachnione niunie pod wejście do ekskluzywnej imprezowni furami w rodzaju ekstra bmw, lexusów i wypasionych merców a tutaj nagle… zza rogu ulicy wyłania się „ogórek”! Z rykiem potężnego, sześciocylindrowego silnika o pojemności… 11 litrów (!!!) rozgania te nowoczesne zdechlaki i z impetem zajmuje najlepsze miejsce przed wjazdem na imprezę. Prawdziwy samiec alfa! W świetle dnia i na co dzień, ten odyniec z epoki PRLu grzecznie wozi familijne wycieczki po co ciekawszych warszawskich miejscówkach, lecz gdy nadchodzi wieczór… 😀 😀 😀
Tutaj pachnie czekoladą. Siedziba spółki i fabryka „wedlowskich” łakoci. Budynek należący do Lotte Wedel sp. z o.o. (dawniej E. Wedel) przy ul. Zamoyskiego 28/30 w Warszawie. Jest to najstarsza fabryka czekolady w Polsce, założona w 1851 roku przez Karola Wedla.
Loesje. Jest to międzynarodowa organizacja, która za swoje zadanie obrała promowanie wolności słowa i wolności wyrażania opinii poprzez umieszczanie na ścianach i plakatach (za zgodą właścicieli obiektów) krótkich haseł nakłaniających swoją treścią do zastanowienia. Wykreowana przez tą organizację Loejse (holenderskie imię żeńskie), to fikcyjna postać podpisująca się pod sentencjami autorstwa jej członków. Organizacja powstała w 1983 roku w Arnhem w Holandii i ma swój oddział także w Polsce. Tutaj link do polskiej strony tej inicjatywy (link). Napis na budynku nieopodal dworca kolejowego Warszawa Wschodnia na Pradze.

Załącznik

Warszawa, Kamionek, ul. Stanisława Augusta 24

„Dziewczynka z balonikiem”, to jedno z najbardziej znanych dzieł Banksy’ego – tajemniczego mistrza światowego street artu. Pierwowzór powstał w 2002 roku na ścianie mostu Waterloo w Londynie. Następnie artysta wykorzystywał ten motyw wielokrotnie w różnych kampaniach społecznych. Miedzy innymi w 2005 roku podczas protestów przeciwko budowie przez Izrael muru na tzw Zachodnim Brzegu Jordanu, w 2014 roku podczas kryzysu migracyjnego związanego z wojną w Syrii oraz w 2017 roku podczas wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. W 2018 roku, słynny dom aukcyjny Sotherby’s w Londynie wystawił na aukcję „Dziewczynkę z balonikiem” w wersji obrazu na płótnie. Wylicytowano astronomiczną kwotę 1.042.000 funtów, po czym nastąpiło coś, czego nikt się nie spodziewał. Z momentem zakończenia aukcji obraz uległ samozniszczeniu, gdyż płótno zostało pocięte na paski przez wbudowaną u dołu ramy niszczarkę. Było to zgodne z zamysłem Banksy’ego, bowiem w tym przypadku artysta kierował się słowami Pabla Picasso: „Chęć zniszczenia jest również twórczą potrzebą”. Na zdjęciu, moim zdaniem, bardzo ładna reprodukcja dzieła z dodanymi motywami liści i traw, które nie znalazły się w oryginale. Nie znam autora tej wersji, lecz raczej można być pewnym, że nie jest to Banksy 😉 Obraz znajduje się na warszawskim Kamionku przy ul. Stanisława Augusta 24. Umieszczony jest na ścianie transformatora, niewidocznej z ulicy. Trzeba wejść w podwórko i spojrzeć w prawo.