Stolpersteine

Jeżeli interesowałeś się polityką, to w międzywojennych Niemczech nie miałeś nazbyt dużego wyboru w przynależności do jakiejś partii. Mogłeś być narodowym socjalistą (NSDAP), komunistą (KPD), albo zapisać się do lewicującej SPD, przy czym dwie ostatnie zostały zdelegalizowane po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku. Mieszkający w tamtych czasach we Frankfurcie nad Odrą Erich Schulz nienawidził hitlerowców, więc został komunistą. Wielokrotnie aresztowany przez Gestapo za krytykowanie Hitlera i jego popleczników. Pod koniec czerwca 1944 roku, jego ciało wyłowiono z Odry. Władze natychmiast uznały, że popełnił on „samobójstwo”, chociaż twarz oraz resztę ciała miał zmasakrowane tak, jakby przed śmiercią skopano go ciężkimi buciorami i bito pałkami. Stolperstein w Słubicach przy ul. Sienkiewicza 46.

Dzięki swojemu pierwszemu zauważonemu przez opinię publiczną dziełu, niemiecki artysta – Gunter Demnig, wylądował za kratami zachodnioberlińskiego aresztu. Można powiedzieć, że był to całkiem udany debiut, bo nie przeszedł bez echa, co samo w sobie świadczy o sukcesie. Najgorzej jest bowiem wtedy, gdy się starasz, a nikt nie zwraca na to uwagi.

Karl Ritter. Kolejny „samobójca”. Członek zdelegalizowanej przez Hitlera SPD. Niepokorna dusza i wywrotowiec. Oczywiście w oczach nazistów. Uznawany za jedną z pierwszych ofiar hitleryzmu. Stolperstein w Słubicach u zbiegu ulic Kopernika i Wawrzyniaka.

Na przełomie lat 60 – tych i 70 – tych ubiegłego wieku, Europę w dalszym ciągu przedzielała polityczna „żelazna kurtyna”, a zachodnia część Berlina była należącą do Republiki Federalnej Niemiec enklawą, otoczoną kontrolowaną przez Związek Radzicki Niemiecką Republiką Demokratyczną i garnizonami radzieckiej Armii Czerwonej. Nikłą gwarancję suwerenności tej części miasta dawała obecność niezbyt licznych oddziałów Armii Stanów Zjednoczonych, faktycznie okupujących RFN po drugiej wojnie światowej. W tym czasie, tysiące kilometrów od Berlina, Amerykanie z zapałem (dosłownie) zrzucali z samolotów napalm na głowy wietnamskich cywili w wojnie, która dla „rycerzy demokracji” zbliżała się ku zasłużonej klęsce. Niestety, unurzanej krwią Wietnamczyków.

Demnig postanowił okazać artystyczną dezaprobatę dla poczynań Amerykanów w Wietnamie, dlatego wyszykował pokaźną Stars and Stripes (powszechna w krajach anglojęzycznych nazwa flagi USA) i wywiesił ją publicznie na ulicy Berlina Zachodniego. Nie byłby to jakiś wyczyn gdyby nie to, że na owej fladze zamiast gwiazd, artysta umieścił… wizerunki ludzkich czaszek. W ówczesnych realiach, musiało to skutkować aresztowaniem autora.

Wiele lat później i kilkanaście artystycznych ekscesów dalej, Demnig kontynuował swoje zmagania o zdobycie publicznej uwagi w istotnych historycznie i politycznie kwestiach. Podczas jednej z akcji, gdzie za pomocą czerwonej nici oznaczał na ulicach Kolonii drogę, którą hitlerowcy pędzili na śmierć tamtejszych Romów, Demnig usłyszał od mieszkańców tego miasta, że robi coś głupiego, bo przecież tutaj żadni Romowie nie mieszkali. Oczywiście nie była to prawda, lecz owe zaprzeczenie było dla autora sygnałem, że musi zrobić coś, co będzie przypominało współczesnym o zgładzonych w okresie niemieckiego narodowego socjalizmu. Zmaterializowanie tej idei stało się dziełem życia Demniga.

Regułą jest, że Stolpersteiny umieszczane są przed budynkami, w których ofiary hitleryzmu miały swoje ostatnie dobrowolne miejsce zamieszkania. W tym przypadku, mamy do czynienia z wyjątkiem. Na zdjęciu powyżej, aktualny widok budynku dawnej Miejskiej Kliniki Psychiatrycznej dla Dzieci i Młodzieży Wiesengrund, znajdującego się przy ulicy Eichborndamm 238 w Berlinie. Tutaj w latach 1942 – 45 przeprowadzano eksperymenty medyczne na psychicznie chorych dzieciach. Ze 175 małych pacjentów, zmarło wówczas 81. Najmłodsze z uśmierconych dzieci miało kilka miesięcy, najstarsze 16 lat. Siłą rzeczy, mali pensjonariusze tego strasznego miejsca nie zamieszkali tutaj dobrowolnie. Dzieci zamordowano w ramach tzw. Akcji T4, o której obszerny wpis umieściłem wcześniej (link tutaj).

Stolpersteine”, to licowane płytką z mosiądzu kostki brukowe o wymiarach 10×10 cm, wmurowywane w chodnik przed wejściami do budynków, w których mieli swoje ostatnie miejsce zamieszkania ludzie, uśmierceni w okresie niemieckiego narodowego socjalizmu. Na płytce grawerowane jest imię i nazwisko zamordowanego, jego data urodzenia oraz miejsce i data śmierci.

Pierwsze kamienie Demnig wmurował na początku lat 90 – tych ubiegłego wieku w chodnik przed urzędem miejskim w Kolonii. Uczynił to nielegalnie, lecz nikt nie odważył się ich usunąć. Do chwili obecnej, idea ta uległa rozpowszechnieniu i akceptacji tak dalece, że kamieni jest w Europie około 70 tysięcy. Co istotne, większość z nich wmurował sam Demnig, który w tym celu spędza w podróży około 300 dni w roku. Umieszczenie każdego kamienia jest połączone z uprzednim otrzymaniem wszelkich pozwoleń ze strony tutejszej administracji, jednak autor nie zajmuje się ich uzyskaniem, gdyż czynią to zainteresowani posadowieniem kamienia miejscowi. Najczęściej, są nimi lokalne gminy żydowskie, jednak stanowi to wyłącznie efekt tego, że owe gminy są najbardziej aktywne i wytrwałe w swych działaniach. Idea kamieni nie łączy się bowiem z wyznawcami judaizmu, lecz obejmuje ogólnie, wszystkich zamordowanych z uwagi na wyznawaną religię. Co więcej, pomysł ten nie dotyczy jedynie kultywowanej przez ofiary religii, gdyż obejmuje również uśmierconych z powodu przekonań politycznych, orientacji seksualnej, czy też niepełnosprawności fizycznej, bądź umysłowej.

Jak większość dzieł tego autora, Stolpersteine wywołują kontrowersje, ale pewnie jest to jego zamierzeniem. Polemika świadczy o tym, że twórczość żyje, gdyż jest zauważana. Krytykujący podkreślają, iż sposób umieszczania Stolpersteinów uwłacza pamięci zmarłych, gdyż są deptane, srają na nie psy, czy też rzuca się na nie pety. W tym kontekście warto dostrzec, że w głównej mierze, inicjatorami umieszczenia tych symbolicznych pamiątek, są krewni zamordowanego lub związki wyznaniowe, do których przynależał. Myślę, że to właśnie oni powinni wypowiadać się o stosowności lokowania Stolpersteinów. Z wyraźną niechęcią do idei Demniga odnosi się polski Instytut Pamięci Narodowej, a nie tak dawno w jednej z ogólnopolskich gazet pojawił się artykuł o nader wymownym tytule: „Szczecin potyka się o kamienie pamięci”. IPN nie wyraził zgody na umieszczenie kamieni w tym mieście, a jego władze nie potrafią, albo i nie chcą pomóc w realizacji tego przedsięwzięcia. W Polsce, do najbardziej przychylnych Stolpersteinom miast należą Wrocław i Zamość, gdzie jest ich po kilkanaście. Najbliżej mojego Myśliborza, kamienie można znaleźć w Słubicach, czyli w dawnej dzielnicy Frankfurtu nad Odrą (niem. Dammvorstadt, dosł. Przedmieście na wale przeciwpowodziowym).

Osobiście rozumiem zamysł Demniga. Coś, co leży na chodniku, jest zwykle instynktownie przez nas zauważane jako przeszkoda o którą możemy się potknąć. Szczególnie wtedy, gdy odcina się barwą od tła. Niemiecki rzeczownik „Stolperstein” (liczba mnoga: Stolpersteine) jest to w dosłownym tłumaczeniu: „potykacz”, „zawada”, „przeszkoda”, ewentualnie: „kamień, o który można się potknąć”. W tym przypadku chodzi o takie symboliczne „potknięcie”. Polacy nazwali je dyplomatycznie: „kamieniami pamięci”. Aby przyjrzeć się kamieniowi, należy się przed nim pochylić, niejako oddać mu pokłon. Najlepsze zaś jego zdjęcia wychodzą wtedy, gdy przyklękniemy. Fotografując kamienie, wielokrotnie klęczałem przed nimi, celując w nie obiektywem i trzymając oko przy wizjerze aparatu. Czułem się wtedy tak, jakbym w ten sposób wyrażał szacunek wobec pamięci o osobie, której nazwisko wyryto na tej malutkiej tabliczce.

W samym Berlinie jest około 10 tysięcy Stolpersteinów. Jeżeli będziecie mieli okazję wybrać się tam na wycieczkę, to dla wyszukiwania „kamieni pamięci” możecie skorzystać z interaktywnej mapki, na której uwidoczniono ich położenie. Znajduje się ona pod tym linkiem:

https://www.stolpersteine-berlin.de/en/finding-stolpersteine