Banówka

Nie, to nie jest główna bohaterka tego wpisu. W tafli wody przegląda się Wołowiec, zgrabny niczym korpulentna gosposia w sile wieku. Obrazek uchwycony na niedługo przed zachodem słońca, na powrocie z przejścia Banówki. Ładnie tutaj, co nie? 🙂

Długi i ostry wierzchołek Banówki (słow. Baníkov) przyciąga wzrok i wyróżnia się spośród okolicznych szczytów. Z oddali przypomina grzbiet ogromnego przedpotopowego gada z pokaźnych rozmiarów ogonem Przełęczy nad Zawratami. Już na pierwszy rzut oka widać, że w przypadku podjęcia próby przejścia jej grani, będziemy mieli do czynienia z ekscytująco trudnym wyzwaniem turystycznym.

Widok z Grzesia przed godziną 9 o poranku. Dzień zapowiada się cudownie, chociaż jeszcze wczoraj wyższe partie Tatr były zasnute szarymi i nabrzmiałymi deszczem obłokami. Stąd, za jakąś godzinę przez Rakoń dojdę na Zabratową Przełęcz, a stamtąd do Smutnej Przełęczy będę miał jeszcze ze 4 godziny. Na wprost w oddali: nieco przysłonięty chmurami cel mojej podróży. Szlak przez Trzy Kopy, Hrubą Kopę i Banówka.

Zeszłoroczne przejście Rohaczy (2020) zakończyłem schodząc ze Smutnej Przełęczy, dlatego teraz postanowiłem właśnie stąd kontynuować spacer granią, której etapami są zarówno wspomniane Rohacze, jak i Banówka oraz towarzyszące jej wierzchołki. Początkowo plan wędrówki miał być „cywilizowany”, bowiem tegoroczne wrześniowe Tatry miałem odwiedzić w towarzystwie przyjaciół, jednak okazało się, iż wycieczkę odbędę sam.

Górska „autostrada” wiodąca z Grzesia na Rakoń, a stamtąd w lewo – na Wołowiec. W prawo – zejście na Zabratową Przełęcz. Już na terenie Słowacji. Na zdjęciu: pomiędzy Rakoniem i Wołowcem – znad krawędzi przełęczy wychyla swój szczyt ciekawski Rohacz Płaczliwy.

Wspomniany „cywilizowany” plan miał polegać na tym, że idąc razem wystartujemy z parkingu w słowackiej Dolinie Spalonej i wspólnie zrobimy Rohacze, po czym już sam wykombinowałem, że gdy oni zejdą ze Smutnej Przełęczy do owego parkingu, to ja przejdę Banówkę i własnym sumptem wrócę do naszego miejsca noclegowego po polskiej stronie. W ten sposób chciałem skrócić przejście tak, aby nie powtarzać mojej zeszłorocznej, szalonej eskapady przez Rohacze, trwającej 16 godzin i wraz z dojściem z Kir liczącej 40 kilometrów marszu.

Jestem na Zabratowej Przełęczy. Cel mojej podróży już wyraźnie bliżej! Na wprost 🙂

Gdy okazało się, że jednak w Tatry pojadę sam, postanowiłem zarzucić pomysł „cywilizowanego” spaceru i konkretnie się zborsuczyć (jak mawiał Stanisław Ignacy Witkiewicz). A więc tym razem włóczęga miała trwać 20 godzin z 50 kilometrami do przejścia. I tak też się stało.

Przede mną Smutna Przełęcz. Jeszcze z godzinka marszu.

Wrześniowy dzień w Tatrach od świtu do zmierzchu, liczy sobie około 13 i pół godziny. Tym samym nie sposób upchnąć w nim dwudziestogodzinnego spaceru. Kombinowałem więc tak, aby startując o 5 rano, trafić zmierzch na powrocie w miejscu, które będę znał z poprzednich wędrówek. Z moich obliczeń wychodziło, że będzie to Tatliakova Chata w Smutnej Dolinie, albo przy odrobinie szczęścia – Zabratowa Przełęcz, już ponad tą doliną. Szlak z Zabratowej na Rakoń i następnie na Grzesia i w Chochołowską, to niemalże górska autostrada, dlatego po zmroku i w sprzyjających warunkach atmosferycznych nie powinien sprawiać trudności.

Na Smutnej Przełęczy. Na wprost przede mną: Smutne Turniczki i czerwony szlak w stronę Banówki. Ku mojemu rozczarowaniu, w tym momencie nikt nie kwapi się wyruszyć w tym kierunku. Co stanowi pewien problem, gdyż na nieznanej trasie obecność idących nią ludzi jest bardzo pomocna. Samemu jest trudniej i jakoś tak nieswojo, chociaż nie z powodu tego, że tak bardzo tęsknię za ludzkim towarzystwem. O nie, nie! Chodzi o to, że gdy nie mam pewności co do przebiegu ścieżki, to przystaję i obserwuję, jak przede mną pokonują ją inni. Ot, puszczam ich na wabia. Lepiej, żeby błąd popełnił ktoś inny, a ja czuję się wtedy bezpiecznie. Taka ze mnie samolubna kreatura 😀

Wychodząc przed świtem z kościeliskiej Rysulówki narzuciłem sobie całkiem przyzwoite tempo marszu, pozwalające mi dotrzeć na szczyt Grzesia po godzinie 8. Roztaczał się stamtąd wyśmienity widok na pobliskie wierzchołki, wśród których były Rohacze oraz Banówka i jej kompani. Stąd, do Smutnej Przełęczy pozostawało 5 godzin, a właśnie na tej przełęczy miała rozpocząć się moja przygoda z Banówką.

Rzut okiem ze Smutnych Turniczek na Rohackie Stawy. Widać ścieżkę, którą (jak dobrze pójdzie) będę wracał do Zabratowej Przełęczy.

Punktualnie jak w przysłowiowym zegarku, na Smutnej stanąłem o godzinie 13. Z Rohaczy schodziły już łaziki, które o świcie wystartowały z parkingu w Dolinie Spalonej, jednak wśród nich nie widziałem w tym momencie chętnych do kontynuowania spaceru szlakiem w kierunku Banówki. Po zjedzeniu „obiadu” (kabanosy+czekolada+cola), odpocząwszy zebrałem się w sobie i sam rozpocząłem wejście na Smutne Turniczki, stanowiące relatywnie łagodną zapowiedź tego, co oferowały kolejne etapy wędrówki w stronę celu mojej podróży.

Łańcuchy czas rozpocząć! Uff! Dwie słowackie pary ruszyły ze Smutnej Przełęczy szlakiem w kierunku Banówki. Mam więc kogo obserwować 😉

Wgramoliwszy się na wierzchołek Turniczek, ujrzałem przed sobą przeszkodę nie do pokonania z moimi umiejętnościami wspinaczkowymi. Kilkumetrową, niemalże pionową ścianę skalną, po której musiałbym zejść chcąc kontynuować zaplanowaną wędrówkę. Oczywiście, ściana nie była zabezpieczona łańcuchami. Skonsternowany przysiadłem na szczycie. Czy już w tym miejscu muszę zakończyć swoją przygodę z Banówką i po prostu się wycofać?

Na szczęście w tym momencie ze Smutnej Przełęczy wyruszyły dwie słowackie pary, dzielnie prąc pod górę w moim kierunku. W krótkim czasie okazało się, że wcale nie mają oni zamiaru włazić na zajmowaną w tym momencie przeze mnie skałę, lecz obchodzą ją od południowej strony. Wyszło na to, że z tej całej ekscytacji początkiem wędrówki, wdrapałem się na wprost i za daleko, zamiast szukać obejścia. Jednak było warto, gdyż widoki ze szczytu Turniczek są rewelacyjne.

Jedna z Trzech Kop, ale która, to nie mam pojęcia! Patrząc od Smutnej Przełęczy, mamy: Przednią, Drobną i Szeroką. Następnie jest przełęcz nazywana Hrubą Przehybą i samodzielny szczyt: Hruba Kopa. Przejście szlaku na odcinku Trzech Kop polega na ciągłym schodzeniu i wchodzeniu po ścianach zabezpieczonych łańcuchami. I są to ściany kilkunastometrowe. Swoisty bieg z przeszkodami po ścianach o wysokości przynajmniej czteropiętrowych budynków. Sto lat temu taternik i pisarz – Jan Alfred Szczepański tak pisał o przejściu tego szlaku: Tu i ówdzie odstrzelały igły i dzioby i grzbiet najeżał się trudnościami: wysokogórska grań, dająca taternickie emocje. Jednomyślnie zgadzamy się, że to łańcuch piękniejszy niż Rohacze.

W przeciwieństwie do polskich, słowackie szlaki górskie są w terenie oznakowane bardzo oszczędnie. Na co bardziej skomplikowanych odcinkach po tamtej stronie granicy, nierzadko zdarzało mi się przystawać i wypatrywać charakterystycznych biało – kolorowych oznaczeń, lecz żadnego nie było w zasięgu wzroku. Co innego w przypadku łańcuchów, te są umieszczane idealnie tak, że można się nimi asekurować intuicyjnie. W pewnym momencie uświadomiłem sobie nawet to, iż ich długość w danym miejscu ma ogromne znaczenie i za każdym razem wyliczono ją adekwatnie do potrzeby. Za długi łańcuch powodowałby zbyt głębokie wychylenie się korzystającego z tej asekuracji w kierunku przepaści, natomiast za krótki – przylegałby do ściany, bardzo utrudniając pracę rękami, których swoboda ruchu ma kardynalne znaczenie w tak ekstremalnej sytuacji.

Łańcuchów jest dużo pomiędzy Smutną Przełęczą, a Banówką. Zabezpieczono nimi zarówno wejścia w pionie, jak i poziome poruszanie się wzdłuż szczytów każdego z bardziej wymagających wierzchołków, do których należy nie tylko sama Banówka, lecz także Trzy Kopy (Przednia, Drobna i Szeroka) znajdujące się za Smutnymi Turniczkami. Na łańcuchach nie brakuje „momentów”. Już na grzbiecie Banówki jest takie miejsce, w którym przejście zabezpieczono łańcuchami, lecz aby z nich skorzystać, trzeba byłoby długo pełzać na kolanach. Alternatywą jest szybkie przejście tego odcinka w stylu cyrkowego akrobaty, chodzącego po linie bez żadnej asekuracji. Idzie się krawędzią niezbyt szerokiego skalnego grzebienia i wierzcie mi, głębia dolin po obu stronach zapiera dech w piersiach. Wkrótce po tym wchodzimy na szczyt Banówki.

Porównanie Banówki z zeszłorocznymi Rohaczami? Te drugie, powinno się przechodzić, jako pierwsze. Oprócz słynnego Rohackiego Konia nie pamiętam z tamtej wędrówki żadnych „momentów”, a i ten okazał się wygodny w przejściu. Owszem, na Koniu jest głębia, ale spękana skała pod stopami daje dużo możliwości oparcia, a łańcuchy idealnie z nimi współgrają. Z kolei Banówka (wliczam w to również Trzy Kopy) jest surowa. Zdarzyło mi się niefortunnie postawić stopę i „bujnąć się” na łańcuchach w kierunku głębi. Diametralnie odmienne uczucie od tego niemalże euforycznie radosnego, jakiego doświadczyłem po Rohaczach. Jakieś takie chłodne. Lecz mimo wszystko, dające ogromną satysfakcję i wywołujące… zadumę? Chyba tak. Spróbujcie, ale z respektem dla wyzwania i z bardzo dużą rozwagą w chwilach wyboru miejsca, gdy trzymając się łańcuchów będziecie szukać oparcia dla swoich stóp.

Skalny grzebień Banówki widziany z wierzchołka Hrubej Kopy. Ciekawie zaimprowizowany krzyż przesłania szczyt o wdzięcznej nazwie: Pachoł (2167 m n.p.m.)
Banówka z Przełęczy nad Zawratami. Zdjęcie nie oddaje jej ogromu. A więc użyjmy trochę wyobraźni. Różnica pomiędzy przełęczą (2069 m n.p.m)., a szczytem Banówki (2178 m. n.p.m.) wynosi 109 m. Teraz wyobraźmy sobie dziesięciopiętrowy budynek. Spoglądaliście kiedyś w dół przez okno mieszkania znajdującego się na dziesiątym piętrze? Trochę wysoko, co nie? Zatem ile metrów wysokości może mieć taki budynek? Dane z internetu: piętro – licząc jedynie wysokość mieszkania (od podłogi do sufitu) to 2,50 metra. Dolicz kawał betonu stanowiący piętro (jakieś 30 cm), wysokość między ziemią a parterem (1 m) i dach. Wychodzi ponad 30 metrów. Przyjmijmy, że jest to 35 metrów. Tym samym przed sobą mamy 3 dziesięciopiętrowe budynki postawione jeden na drugim.
Z bliska, grzbiet Banówki przypomina coś w rodzaju grzebienia z wieloma tępymi zębami. Dzięki przemyślnie rozmieszczonym łańcuchom całkiem sprawnie można poruszać się w pionie, pokonując kolejne zęby, z każdym z nich zwiększając wysokość i przesuwając się w kierunku szczytu.

O ile korzystanie z łańcuchów przy wędrówce w pionie jest całkiem wygodne, to ten odcinek (również zabezpieczony łańcuchem) każe zastanowić się nad sensem skorzystania z tego rodzaju poręczy. Mamy przed sobą skalną grzędę o relatywnie obłym grzbiecie. Łańcuch zaś przymocowano u jej wierzchołka tak, że aby się go przytrzymać, jednocześnie trzeba byłoby powoli przesuwać się na kolanach. Przymierzałem się do tego, jednak było to strasznie kłopotliwe i stresujące. Mniejszym złem okazało się uwierzenie we własne umiejętności akrobatyczne i przemaszerowanie tego etapu „bez trzymanki”. A jakie widoki po obu stronach!
Z lewej: południowe zbocze Banówki opadające w Dolinę Żarską. Na wprost: skalne połączenie Banówki i Jałowieckiego Przysłopu (2142 m n.p.m.). Może niezbyt spaktakularne, ale za to z prawej…

 

Z prawej, głębia Doliny Spalonej. Na Wiki piszą, że od szczytu Banówki do dna tej doliny mamy około 350 metrów. Wieża Eiffla w Paryżu liczy sobie 324 metry wysokości. Spojrzenie w dół oszałamia, a przypominam, że w tym momencie idziemy po niezbyt szerokiej skalnej grzędzie. Bez trzymanki.
Ostatnie metry przed szczytem.

Garść statystyk. 30 godzin, z których 10… przespałem 😉 Serio. Znaczy się, że trasę zrobiłem w 20 godzin, a po powrocie zapomniałem wyłączyć mojego GPSa. Uczyniłem to dopiero po następnych 10 godzinach, gdy oprzytomniałem na tyle, żeby zorientować się w sytuacji. Dzięki temu mam tak „znaczącą” średnią prędkość: 1,65 km/h. Tak to jest, jak jedną trzecią imprezy przeleży się pod stołem 🙂 Interesująca jest natomiast suma przewyższeń (dystans w pionie). Minionej zimy przeszedłem Karkonosze z moim przyjacielem Tomanem. Od Kowar do Jakuszyc z zejściem do Szklarskiej Poręby Dolnej. Przemierzyliśmy wówczas dystans 56,64 km, zaliczając 3534 m przewyższeń. Spacer na Banówkę i z powrotem dał mi dystans 49,43 km. Za to przewyższeń było aż 5574 m. Zauważalna różnica. Na przyszły rok już zaplanowałem kolejną przygodę w Tatrach i na tej trasie suma przewyższeń powinna być znacząco większa. Cieszy mnie to, gdyż w dużej mierze ten właśnie czynnik stanowi o wysiłku włożonym w górską wędrówkę.
Takie lasso mi wyszło. Z małą pętelką łączącą się z pozostałą częścią trasy na Rozdrożu w Smutnej Dolinie. Ta mała pętelka była najtrudniejsza technicznie do przejścia, gdyż jej wycinek stanowił szlak od Smutnej Przełęczy, do Banówki i zejście w Dolinę Spaloną. Niecałe 5 km z niemalże 50 przewędrowanych tego dnia.

 

Post scriptum (Rohackie Stawy)

 

Masywny szczyt na wprost, to Wołowiec (2063 m n.p.m.) Widok znad Wyżniego Stawu Rohackiego (1718 m n.p.m.).

Kilka lat temu odwiedziłem Kazimierz Dolny. Miasteczko takie sobie z atrakcjami przeznaczonymi dla dobrze sytuowanych emerytów. Z mojego punku wiedzenia: byłem, zobaczyłem i zapomniałem. Prawie zapomniałem… Otóż na jego rynku grasują Cyganki. Jednocześnie jest ich kilka. I zetknięcie z nimi było dla mnie doświadczeniem traumatycznym, trudnym do wymazania z pamięci 😉 Gdy na rynek patrzy się z pobliskiego wzgórza, to z wysokości ma się doskonały obraz działania Cyganek otaczających wybrane ofiary. Gdy jest pusto, łowczynie stoją w miejscu, albo przechadzają się, jakoby bez żadnego celu. Gdy na placu zjawia się cel, Cyganki natychmiast suną w jego kierunku i następuje osaczenie. Zwierzyna już się nie wymknie. Nad przepięknymi Rohackimi Stawami poczułem się jak przed laty w Kazimierzu.

A teraz odwrócone role. Wyżni Staw Rohacki z Wołowca. Wyżni, to ten u góry kadru. Niżej, taki niewielki z prawej, to Pośredni Staw Rohacki (obok niego jest Mały, ale stąd nie jest widoczny). Duży u dołu, to Niżni Staw Rohacki. Jest to największy staw w całych Tatrach Zachodnich.

Nad Rohackimi Stawami grasują… Nie, nie Cyganki. Grasują kaczki krzyżówki! Tyle się mówi i pisze, żeby nie dokarmiać dzikich zwierząt, ale nie! Któż bowiem wytrzyma proszące spojrzenie takiej słodziutkiej kaczusi, która najwyraźniej kompletnie sobie w życiu nie radzi i na pewno jest taaaka głodna? Jak tu nie rzucić jej ostatniego kawałka kaszanki, czy nie oddać ostatniego browara? Skoro ona tak ładnie pacza!

Pierwsza już się zbliża. Wkrótce dołączą kolejne 😉

Rohackie kaczki stosują metodę osaczania ofiary identyczną do tej, jaką praktykują Cyganki w Kazimierzu. Stajesz sobie nad brzegiem stawu, rozglądasz się wdychając pełną piersią krystalicznie czyste górskie powietrze. Jak pięknie! Jesteś tylko ty, góry i natura. I kaczki, których w tym momencie niby nie ma. Nagle kątem oka widzisz jakiś ruch. Jeden, drugi, trzeci… Suną w twoim kierunku, niczym flotylla łodzi patrolowych. Wcale nie boją się ludzi. Widziałem kaczorka, który zniecierpliwiony brakiem oczekiwanej przekąski wytelepał się z wody na brzeg i na swych koślawych, kaczych nóżkach biegł za spłoszonym tą nagłą akcją słowackim turystą. Polecam odwiedzenie Rohackich Stawów. I kaczek 😀

Na wprost z lewej: Rohacz Ostry. Z prawej: Rohacz Płaczliwy.