
Błoto, dużo błota. Takiej ilości błota, to ja nigdy nie widziałem na trasach imprez długodystansowych w jednym sezonie. A już zbieram tego rodzaju doświadczenia od ponad 15 lat. Począwszy od Jagodnej i Orlicy, po Skrzyczne i Pilsko oraz słynny „Przedział” na Przejściu Kotliny. No i zejście ze Śnieżnika w noc końca października. O ile w moich okolicach nadal było i jest bardzo sucho, to na południu wszystko płynęło na przestrzeni minionego sezonu. Na szczęście nie tak bardzo, jak we wrześniu 2024 roku, który zmył powodzią Kotlinę Kłodzką, Jelenią Górę i mój piąty start w Przejściu Kotliny.


I żeby nie było, to przełom lata i jesieni promieniał słońcem. Tak bardzo, że duża część stawki Przejścia dała za wygraną. Zaskakujące, jak wiele osób odpadło z powodu słonecznego skwaru końca lata 2025 roku w Kotlinie Jeleniogórskiej. Co do samego Przejścia, to jako wielokrotny uczestnik tej zabawy stwierdzam, że stało się mocno „ugłaskane”. Owszem, dystans ponad 140 kilometrów w dalszym ciągu robi wrażenie, jednak dużym ułatwieniem jest zmiana godziny startu. O ile w moich początkach sięgających 2013 roku, startowało się w piątek o godzinie 20, to obecnie na trasę wyrusza się o 10 przed południem.


Zorganizowawszy sobie nocleg w Szklarskiej z czwartku na piątek, na trasę Przejścia wychodzi się teraz po śniadaniu. Człowiek jest wyspany, najedzony i pełen energii. Ma się cały dzień na przewędrowanie Karkonoszy od startu do Przełęczy Kowarskiej po widnemu. Dawniej ruszało się wieczorem i robiło ten odcinek w ciemności. Bez tej porannej świeżości i zapału po dobrze przespanej nocy. Wierzcie mi, jest to ogromna różnica.

Co więcej, w Jeżowie Sudeckim pojawił się swoisty bufet w postaci sklepu Dino. Można tam uzupełnić wszelkie zapasy prowiantu na ostatnie 50 kilometrów wędrówki. Pod tym względem, charakterystyczną cechą Przejścia było to, że picie i jedzenie mieliśmy dostępne wyłącznie w karkonoskich schroniskach, a jest to jedynie około 35 kilometrów trasy na samym początku. Przez pozostałe sto kilka, całą wałówkę trzeba było nieść w plecaku. Sytuację nieco ratowała stacja paliw za „Perłą Zachodu”, ale w zestawieniu z nią, nowy sklep w Jeżowie jest jak przysłowiowa „kraina obfitości”. Takie ułatwienia mocno upraszczają taktykę pokonania całego dystansu i gospodarowanie zasobami własnych sił.

Wrześniowa wędrówka wokół Kotliny Jeleniogórskiej stanowiła miły dodatek do ambitnego wyzwania, którym dla mnie w 2025 roku było ukończenie całego cyklu Potrójnej Korony. Imprezy o dystansie znacząco krótszym, jednak momentami wymagającej tak dalece, że autentycznie balansowałem na granicy wytrzymałości. Oprócz edycji „Orlickiej”, stanowiącej rozgrzewkę na początku sezonu, organizatorzy „Korony” dbają o rzetelną ilość forsownych podjeść i zejść na całym przebiegu trasy.

Prawdziwą perełką tego cyklu jest wędrówka na początku czerwca, której przebieg został wytyczony z wykorzystaniem odcinków słynnej „Drabiny Wałbrzyskiej”. Myślę, że wszystkie łaziki górskie czują przyjemne mrowienie w stopach na samą myśl o przewędrowaniu „Drabiny”. W Wałbrzychu zadebiutował Karol, czyli nowy nabytek naszej ekipy. Wprawdzie trasa zmogła go na pięćdziesiątym kilometrze, jednak niepowodzenie wzbudziło apetyt na podjęcie kolejnej próby. Następny występ zwieńczył sukcesem. Z satysfakcją stwierdzam, że wędrówka z Karolem i Sebkiem przez Beskid Żywiecki i okolice była moją najbardziej emocjonującą przygodą w sezonie 2025. Szczególne wrażenie robiła akcja o świcie przy podejściu ze Szczyrku na Skrzyczne 😉




Co z tym bobrem w śliwkach, zapytacie? Już wyjaśniam. Otóż prawie całość moich przygotowań do startów w imprezach długodystansowych odbywam w mojej ukochanej Puszczy Piaskowej. Jest to średniej wielkości kompleks leśny znajdujący się w trójkącie miejscowości: Chojna, Krajnik Dolny i Cedynia. Co istotne, zachodnią krawędzią Puszcza Piaskowa opiera się o rzekę Odrę, która w tym miejscu jest prawdziwym królestwem owych zwierzaków. Budują one na potęgę nad samą Odrą i jednocześnie próbują wedrzeć się w głąb Puszczy. Tutaj ich matecznikiem i bazą wypadową jest brzeg rzeki na odcinku od miejscowości Cedynia do Krajnika Dolnego.

Co do zasady, bobry są płochliwymi stworzeniami i stronią od ludzi, ale w pewnych sytuacjach można je przy odrobinie szczęścia oglądać niemal na wyciągnięcie ręki. Bobry pracują w nocy i już zdarzały się przypadki w których zaabsorbowane własnymi obowiązkami niemalże przeciągały mi po stopach dopiero co obgryzione gałęzie drzew, mozolnie holując je z lasu w kierunku nurtu rzeki. Tak na wyciągnięcie ręki. Dla odmiany, delikwent na poniższym filmiku został przydybany na przyjemnościach, a nie na pracy.
Wyobraźcie sobie przygodę w której wędrujecie nocą w świetle latarki i nagle, gdzieś w ciemności rozlega się… głośne mlaskanie. U mnie od razu włączył się tryb „Wiedźmina”. No wiecie, tego baśniowego kolesia, co to walczy z potworami ratując ludzi. Naczytawszy się książek z „Wiedźminem” od razu wiedziałem, że te mlaskanie dobywa się z zakrwawionej paszczy demona, strzygi, ghula (wybór potwora wedle uznania), ucztującego na martwym ciele jakiegoś nieszczęśnika, który przechodził tędy przede mną. A przynajmniej tak to sobie w głowie ułożyłem, co nie do końca odpowiadało prawdzie. Mlaskał bóbr. Konsumujący w nadodrzańskim sadzie opadłe na ziemię śliwki. Niespecjalnie zwracał na mnie uwagę 😉
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.