Pierwszy dzień wiosny 2026. Gdzieś na szlaku w Gorcach. Zdjęcie autorstwa Pawła Banaszkiewicza (Ostre Kadry). Paweł jest jednym z profesjonalnych fotografów, którzy na trasach Potrójnej Korony utrwalają urodę tej imprezy. Lubię zdjęcia Pawła, gdyż ma oko do wyłapywania „smaczków”. Takich , niby banalnych elementów górskiej zabawy, które faktycznie tworzą jej prawdziwy, niepowtarzalny klimat. Pozostający w pamięci, jako wyjątkowo cenne wspomnienie.
Rzetelne podejście w ciemności na Radziejową. Przeliczyliśmy się z temperaturą i robi się uciążliwie gorąco. Stoimy na poboczu i zrzucamy ubrania. Dogania nas jakiś uczestnik imprezy i przystaje w świetle naszych czołówek. – Kolego, ruszaj dalej, my tu tylko małe przebieranko i dajemy pod górę – rzucamy. – No nie za bardzo – odpowiada szczerząc zęby w szerokim uśmiechu – Jestem z ekipy organizatorów i zbieram oznaczenia trasy marszu po przejściu całego peletonu. Muszę na was poczekać, jesteście ostatni na trasie – dodaje znacząco zawieszając głos. Kurza twarz, myślę sobie. Pierwszy raz jestem autentycznie ostatni. Interesujące osiągnięcie.
Zmiany, zmiany… Potrójna Korona się zmienia. Jeszcze dwa sezony temu pisałem o tej imprezie, jak o spacerze po górach ze znajomymi, urozmaiconej obfitymi piknikami. Teraz jest inaczej. W powietrzu pojawiła się nutka rywalizacji, a uczestnicy szybko ją podchwycili. Wcześniejsza niezobowiązująca wędrówka nabrała profesjonalnego sznytu. Wystarczy spojrzeć na udostępniane przez Organizatorów statystyki, które pokazują malejącą liczbę odpadnięć. Co wcześniej było powszechne, teraz jest wyjątkiem. Nawet czasy przejścia stają się zauważalnie wymagające. Chcąc się zmieścić w szybszej połowie stawki, obecnie trzeba utrzymywać stałe i przyzwoite tempo przejścia na całej trasie. Nie ma taryfy ulgowej.
Nowy Targ. Piątek po południu. Z Myśliborza wyruszyłem tego dnia o godzinie 9 przed południem, a z przesiadką do auta Karola we Wrocławiu, do Nowego Targu dotarliśmy około godziny 17. 680 km w jedną stronę. Następnie autobusami organizatorów tutejszej edycji korony do miejscowości Rytro po Starym Sączem, co zajęło nam dodatkowe 1,5 godziny. Start i 84 kilometrów przez Beskid Sądecki, Pieniny i Gorce z powrotem do Nowego Targu. Od razu do auta i powrót do Wrocławia, gdzie się przesiadłem do swojego samochodu i już o 6 rano w niedzielę byłem w Myśliborzu. A więc wszystko zajęło mi łącznie 45 godzin. Tempo prawie, jak za starych dobrych czasów sprzed dekady. Całkiem przyzwoite, jak na starszego pana 😉
To nie tak, że nie podoba mi się ten nowy element rozgrywki, ale piknikowa atmosfera Potrójnej Korony miała dla mnie wyjątkowy urok. Trochę będę za tym tęsknić. Niemniej jednak obecnie trzeba wziąć się za robotę, gdyż nawet dotychczas względnie łatwe zmieszczenie się w tej szybszej połowie stawki, zrobiło się odczuwalnym wyzwaniem. Historia z początku tego wpisu jest jak najbardziej prawdziwa. Po starcie z Roztoki Ryterskiej, już na pierwszym podejściu wszyscy ruszyli tak, jakby ich jakiś miejscowy diabeł spod Starego Sącza gonił. Wystarczył niewielki postój na reorganizację ubioru, a już znaleźliśmy się na szarym końcu. Nasza późniejsza pogoń za uciekającym peletonem zapewniła dobrą zabawę na całej trasie. Finalnie zmieściliśmy się w owej szybszej połowie stawki, ale wcale nie było łatwo.
Roztoka Ryterska nieopodal Starego Sącza. Piątkowy wieczór. Dochodzi godzina 20.00. Już za chwilę oficjalny start i wyruszamy na szczyt Radziejowej (1266 m n.p.m.). Pierwszy etap o długości 7,5 km z 84 km całości.
Gorczańska trasa zadebiutowała tego roku w cyklu imprez Potrójnej Korony. Jej przebieg o nominalnym dystansie 84 km został wytyczony przez Beskid Sądecki, Pieniny i Gorce. Start w Roztoce Ryterskiej pod Starym Sączem, baza i meta w Nowym Targu. Organizatorzy wyznaczyli jej termin na weekend przełomu zimy z wiosną i faktycznie, wędrówka odbyła się w kalejdoskopie warunków pogodowych kojarzonych z tymi porami roku. Śnieg, deszcz, lód i błoto. Całość uwieńczona przepięknym słonecznym finałem ostatniego etapu wzdłuż Dunajca. Idealne rozpoczęcie sezonu 2026.
Przez Beskid Sądecki.Pieniny. Wąwóz Homole. Zielonym szlakiem na Wysoką (najwyższy szczyt Pienin – 1050 m n.p.m.). Powiadają, że ten wąwóz i same Pieniny zapewniają rewelacyjne widoki, ale o północy z piątku na sobotę i w siąpiącym deszczu w ogóle niewiele było widać. Mniej więcej tyle, co na tym zdjęciu.Przełęcz pod Wysoką. 21 kilometrów od startu. Godzina 1.20 w sobotę nad ranem. Na zejściu udało mi się wywinąć takiego „fikoła”, za którego wykonanie uzyskałem od Sebka i Karola 10 na 10 możliwych punktów za styl i dramatyzm. Poślizgnąłem się na lodzie pokrytym błotem z roztopów i na plecach zacząłem zjazd głową w dół zbocza. Sebek mnie załapał. Takie „fikoły”, to już tradycja naszych górskich eskapad i na każdej prowadzimy ranking widowiskowych upadków. Dotychczas faworytką była gleba Karola z zeszłorocznego wejścia nad ranem ze Szczyrku na Skrzyczne, ale ten mój obecny okazał się bardziej spektakularny 😀Pieniny już za nami. Sobotni poranek, godzina 5.20. Ponad 37 kilometrów od startu. Pniemy się w górę z widocznej w dole miejscowości Krościenko. Na wprost nurt Dunajca i strzelista, biała wieża kościoła Chrystusa Dobrego Pasterza w Krościenku. Jeszcze kawałek i wejdziemy w zaśnieżone na szczytach Gorce.Gorce. Rozległe i trudne terenowo pasmo górskie. Z równie trudną historią okresu drugiej wojny światowej i czasu krwawego, stalinowskiego terroru, jaki nastał po zakończeniu tej wojny. Miejsce licznych walk partyzanckich polskiego podziemia. Najpierw z niemieckim okupantem, później z własnymi, polskimi sługusami i siepaczami Stalina. Góry te widziały w tamtych czasach wiele śmierci i heroicznej, lecz kompletnie beznadziejnej walki. Pozostały symbole i miejsca upamiętniające ówczesną tragedię Polaków. Tutaj, nieopodal szczytu Lubania.Lubań. Charakterystyczny szczyt południowo – wschodniej części Gorców. Lubań ma dwa wierzchołki. My gramolimy się na ten wyższy – 1225 m n.p.m. Śnieg, lód i chmury. Jestem z tego powodu średnio zadowolony, gdyż robiłem sobie apetyt na widok zaśnieżonych Tatr z Turbacza. Podobno jedna z najlepszych tutejszych panoram. W tym momencie nic nie wskazuje na poprawę pogody. A może jednak?Lekkie buty biegowe z metalowymi zębami. Jeden ze „smaczków” na zdjęciach autorstwa Pawła Banaszkiewicza (Ostre Kadry). Zejście z Lubania okazało się być przyzwoitym wyzwaniem. Śnieg i lód przechodzące w błoto wraz ze zmianą wysokości. Faktycznie, w tym momencie bardzo przydawały się raczki turystyczne. Ale i tak zdarzały się zjazdy na tyłku. Szczerze powiedziawszy, to większość uczestników Gorczańskiej finiszowała z ubłoconymi dupami (ja również). Taki znak firmowy tej edycji Potrójnej Korony 😉Klika kilometrów dalej i kilkaset metrów niżej. Diametralna zmiana aury. Jest słońce i błękitne niebo. Robi się przyjemnie ciepło. Podążamy w kierunku PrzełęczyKnurowskiej (832 m n.p.m.), a stamtąd już na Turbacz. Jeżeli pogoda się utrzyma, to pierwszy raz w życiu będę mógł podziwiać wiosenne Tatry, jeszcze w zimowej oprawie.Przełęcz Knurowska. Sobota około południa. 57 kilometrów od startu. Tradycyjny dla każdej Korony piknik z grillowaną kiełbasą i bezalkoholowym piwerkiem. Wierzcie mi, taka biesiada mocno podnosi morale niezbędne do pokonania końcowego etapu każdej z cyklu tych wędrówek.Udało się! Zaśnieżone, wiosenne Tatry widziane z polany Długie Młaki znajdującej się nieopodal schroniska PTTK na Turbaczu. Słoneczne, sobotnie popołudnie pierwszego dnia wiosny. Z wierzchołka Turbacza do szczytu Kasprowego Wierchu jest w linii prostej około 35 kilometrów, a jednak Tatry widziane stąd wydają się być na wyciągnięcie ręki. Niestety, robione telefonem zdjęcia w ogóle tego nie oddają. Szkoda, ale wrażenie głębi i bliskości tych monumentalnych, zaśnieżonych szczytów pozostaje w pamięci odwiedzającego te miejsce. Oj, mocno polecam!Tego dnia w sobotnie popołudnie na Turbacz ruszyły tłumy. Pewnie nie tylko my robiliśmy sobie apetyt na podziwianie zaśnieżonych Tatr w promieniach już wiosennego słońca. Trzeba było się naprawdę starać, żeby w kadr nie złapać przypadkowo głowy jakiegoś przechodzącego przed obiektywem weekendowego spacerowicza.Turbacz. Najwyższy szczyt Gorców (1310 m n.p.m.).Schronisko na Turbaczu. Organizatorzy gorczańskiej edycji Korony przygotowali tutaj dla nas ostatni przed metą punkt żywieniowy. Przysłowiowym gwoździem programu była… tutejsza szarlotka. I teraz odnoszę wrażenie, że w tych okolicach (mam na myśli całe Podhale w które wliczam również Gorce) schroniska konkurują ze sobą właśnie na ten rodzaj pyszności w różnych wariacjach. Oczywiście, najsłynniejszą jest ta na Polanie Chochołowskiej (szczególnie wersja z bitą śmietaną sosem borówkowym), ale obecna z Turbacza wcale jej nie ustępuje pola. Jest wyśmienita, szczególnie po wysiłku włożonym na wgramolenie się do tego schroniska, co stanowi dużo większe wyzwanie od przewędrowania samej Doliny Chochołowskiej z Siwej Polany. Jeżeli chodzi o takie symboliczne górskie słodkości, to z terenów bliższych mojego domu polecam biszkoptowe naleśniki z jagodami w Chatce Górzystów na Łące (Hali) Izerskiej w Górach Izerskich. Niestety, zdjęcia szarlotki z Turbacza nie mam, bo przyszło mi to do głowy dopiero po tym, jak ze smakiem spałaszowałem te wyśmienite ciastko 😀Miejscowość Waksmund nad Dunajcem. Już niedaleko do naszej mety w Nowym Targu. Mijamy kolejną na trasie pamiątkę wydarzeń z ponurych czasów drugiej wojny światowej. Obelisk posadowiony w miejscu rozstrzelania przez hitlerowców Jana Waksmundzkiego i Michała Garbacza w lutym 1944 roku. Waksmundzki i Garbacz byli aktywnymi członkami tzw. Konfederacji Tatrzańskiej, czyli patriotycznej, polskiej organizacji ruchu oporu przeciwko niemieckiej okupacji. Opozycyjnej do niesławnego Goralenvolku składającego się z tych mieszkańców Podhala, którzy skwapliwie kolaborowali z Niemcami. Egzekucja miała charakter pokazowy. Rozstrzelano ich na oczach dzieci, które wyciągnięto z tutejszej szkoły podstawowej i zmuszono do oglądania kaźni.Meta. Miejska Hala Sportowa w Nowym Targu. 84 kilometry wędrówki za nami. Czas na podsumowanie gorczańskiej Korony. To dobrze, że organizatorzy dorzucili tę edycję, gdyż niewątpliwie zwiększa popularność całego cyklu. Miejsca rozeszły się błyskawicznie. Domyślam się, że wpływ na to miała bliskość największych w Polsce skupisk ludności. Cały Śląsk, Kraków i cała, gęsto zamieszkana Małopolska. Do przemyślenia pozostaje jednak usytuowanie bazy imprezy w kolejnych latach. Nie żeby Nowy Targ mi się nie podobał, ale położenie miasta nad Dunajcem, gdzie całymi kilometrami idzie się równiną, pozbawia zabawę tej przysłowiowej wisienki na torcie. Tutaj nie ma miejsca na dramatyczny finisz, gdy resztką sił trzeba gramolić się na ostatnie wzniesienie, tuż przed metą. Ewentualnie z niego schodzić w bólu obtartych stóp i z płonącymi z wycieńczenia mięśniami. Tak na przykład jest na Śnieżnickiej, nie wspominając o ekstremalnej Wałbrzyskiej. Przez to, Gorczańska w moim rankingu trudności plasuje się na przedostatnim miejscu. Tuż przed przyjemnym, wiosennym spacerkiem na 80 kilometrów, którym od zawsze była Korona Orlicka.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.